Gruzja, dzień 7: treking na 3000 metrów

by Gosia
0 comment

Rowery zamieniliśmy dzisiaj na buty trekingowe. Skoro jesteśmy w górskiej stolicy Gruzji to nie wypada nie iść w góry. Podeszliśmy do tematu odpowiedzialnie: pobudka o 6:30, obfite śniadanie i przed ósmą jesteśmy  już po zakupach. Świeży lawasz prosto wyjęty z pieca parzy ręce. Chmury zaczynają się podnosić i odsłaniają to, czego nam wczoraj zabrakło z powodu deszczu: widoki na ośnieżone szczyty. Wspinamy się stromą drogą przez miasto i mijamy baszty. Zostały wybudowane w XI i XIII wieku, stoją na podwórkach, między zabudowaniami, mają 2-3 piętra. O co chodzi? To swaneckie wieże obronne. Z jednej strony pomagały zamienić tutejsze miasteczka w trudne do zdobycia twierdze. Z drugiej- służyły za dom i fortecę dla rodzin, które przez wieki mściły się za krzywdy wyrządzone nawet kilka pokoleń wstecz.

baszty obronne w Mestii

  

piekarnia

 

chleb na drogę

  Prawie nieoznakowany szlak prowadzi nas do lasu. Gdzieś tam przypałętał się do nas duży biały pies. I tak już został. Poza nami nie było nikogo.

     Potem pogoda zgotowała nam prawdziwie dynamiczny teatr widokowy. To tu, to tam zza chmur wyłaniały się kolejne szczyty. Im wyżej, tym panorama stawała się szersza a my nie mogliśmy się napatrzeć. Oprócz nas te nieziemskie widoki podziwiały tylko stada krów i jeden koń. I nasz pies, który chyba znał drogę na pamięć i prowadził nas dzielnie kiedy nie mogliśmy znaleźć szlaku. Po czterech godzinach marszu minęliśmy pierwszych turystów- dwóch Francuzów schodzących z góry z czarnym psem. Też się do nich przyłączył. Widać takie tu zwyczaje. Zmachani i zachwyceni dotarliśmy na 2800m – nad jeziorka Koruldi, niestety prawie zupełnie wyschnięte. Ale i tak to widok po horyzont najbardziej się liczył. Stąd Jacek postanowił przypuścić atak szczytowy na 3300, żeby obejrzeć sobie dokładnie lodowiec Uszba (4710). My zostaliśmy w pobliżu jeziorek siedząc i patrząc na dolinę, dnem której płynęła rzeka Murkhura, wzdłuż której tu przyjechaliśmy. Jacek wrócił po półtorej godziny, zadowolony i usatysfakcjonowany widokiem lodowca. Pies był cały czas z nim i na 3100 zaczął udawać zdechlaka. Zaraz powyżej zaczynało się nieciekawe, bardzo strome i grząskie podejście. Może chciał Jackowi zasugerować, żeby tam nie iść? Toteż wrócili.  

   

  

 Zeszliśmy inną ścieżką, która okazała się tak naprawdę potokiem, na szczęście wyschniętym. W ogóle mało tu oznaczeń, widzieliśmy 2 drogowskazy, żadnych informacji o czasie przejść. Tu i tam kamień czy drzewo maźnięte na biało- czerwono. Turystów kilkunastu, krów kilkadziesiąt. I dwa busiki wiozące leniwych prawie na samą górę. Nam dzisiejsza wyprawa zajęła 10 godzin, a widoki zostaną w pamięci na długo. 

        

Powiązane posty

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.