Bangkok mniej turystycznie

by hajski
1 comment

Od wczoraj jestesmy w Bangkoku. Mieszkamy teraz w nowej czesci miasta, w samym centrum hotelowo-handlowym, przy stacji skytraina Chit Lom. Z pokoju na 16 pietrze mamy doskonaly widok na panorame miasta, i nawet jakis obraz Krola majaczy na jednym z budynkow. Wczoraj wieczorem zaliczylismy ostatnia turystyczna atrakcje – dzielnice czerwonych latarni. Dziala ona jak wiekszosc handlu i uslug w tym kraju – wszystko odbywa sie na ulicy. Wiecej nie napisze – ale na pingpong show nie pozwolilam Piotrkowi isc.

Ostatni dzien w Tajlandii postanowilismy przeznaczyc na bieganie i zakupy. Wlasciwie powinnam napisac dopiero po powrocie z ostatniego wieczornego spaceru ale nie wiem czy bede miec sile i czy nie zamkna centrum biznesowego.
Zaczne zatem od biegania, a o zakupach napisze jutro, dodajac swieze zdjecia.
Mieszkamy 2 kilometry od najwiekszego parku w centrum miasta – Lumphini. Wstalismy naprawde wczesnie zeby uniknac upalu – nie udalo sie! od rana 30C i roslo do tego bezchmurne niebo.
Sam park wyglada skadinad znajomo. Gdybym to nie ja robila to zdjecie, powiedzialabym bez namyslu ze to Nowy Jork. I tez jest wyznaczona trasa do biegania wokol parku. Poza tym juz same roznice 🙂

Wokol parku oczywiscie sporo straganow z jedzeniem. Tym razem sniadaniowo – pierozki drozdzowe ze slodka fasola lub sezamem, zupa ryzowa z kurczakiem, rosol, grillowane kulki rybne, owoce… znowu sie rozpedzam jedzeniowo 😉
Tajowie w porannych godzinach jak sie okazuje praktykuja na masowa skale taichi! My bieglismy, a oni sobie powolnie cwiczyli 🙂 niektorzy bez rekwizytow, inni z wachlarzami i mieczami.

Powyzej widac ze Piotrek juz sie prawie ugotowal i biegnie bez koszulki. O tym goracu dlugo nie zapomnimy. W czasie 15km biegu wypilismy 3 litry wody i 2 powerady. Dodatkowo regularnie polewalismy sie woda przy wszystkich wodopojach. Na jednym z okrazen zauwazyl nas jakis mily biegacz obcokrajowiec i zawolal na swoja stacje serwisowa. Obok krzeselka mial przenosna lodowke a w niej lod i gabki. Ja wiem, ze w Polsce przy obecnej aurze ciezko w to uwierzyc, ale lodowata woda z takiej gabki na rozgrzane plecy biegacza to jest to!
O 8 rano zegary w parku wybily pelna godzine i nagle wszyscy staneli w miejscu na bacznosc. A z glosnikow poplynal hymn Tajlandii 🙂 i zaraz potem wszystko wrocilo do normy. Temperatura skoczyla do 36C i sklonila mnie do kapieli w zimnym basenie na dachu hotelu zaraz po powrocie. Ekstremalny trening uwazam za zaliczony.

I jeszcze jedna ciekawostka do opisania od kilku dni – domki dla duchow. Wedlug tego co wyczytalam w gazecie, Tajowie wierza, ze kazda dzialke gdzie wznoszony jest jakikolwiek budynek zamieszkuja rozne duchy. I zeby dany budynek nie byl przeklety, a duchy mu sprzyjaly – budujac cos swojego trzeba im tez stworzyc domek. I takie domki stoja tu w zasadzie wszedzie: i przed prywatnymi domami i przed centrami handlowymi, warsztatami czy hotelami. Zeby duchy byly zadowolone ich domek nie moze byc w cieniu budynku, a im trzeba dostarczac swieze kwiaty, kadzidelka i jedzenie. Stad tez w takim domku czesto stoja butelki z fanta, miski z zupa, leza banany i girlandy kwiatow. Widzielismy sporo sklepow z domkami dla duchow – sa male i duze, zapewne w zaleznosci od zamoznosci i ducho-bojnosci wlascieli.
[posilkuje sie zdjeciem z http://blindeyeproductions.files.wordpress.com/2009/09/spirit_house.jpg]

I wlasnie przed hotelem Hyatt w komercyjnym centrum Bangkoku znajduje sie wyjatkowo okazaly domek dla duchow. Na tablicy przed nim wyczytalismy, ze jasnowidz powiedzial firmie budujacej hotel ze to nie jest dobry czas i duchy z tego terenu trzeba odpowiednio mocno przeblagac.
No i prosze:

Dodatkowo przy okazji wyjatkowosci tego miejsca, wokol stoi masa straganow z roznymi rodzajami wianuszkow kwiatowych, a wokol domku o roznych porach dnia odbywaja sie tance pan w przebraniach regionalnych. I przechodnie kupuja wianuszek, kadzidelko, klada przed domkiem, klekaja i chwile sie modla.
Ciekawe, co na to wlasciciele 🙂

Kontynuujac temat kwiatow, wlasnie wychodzimy na nocny targ kwiatow i owocow. Wlasciwie, to poplyniemy tam transportem miejskim w postaci lodzi.
Jutro Dubaj – chociaz blizej domu, ciagle na szczescie cieplo.

Powiązane posty

1 comment

Dominik Komar 23/03/2013 - 22:00

fajne takie tai-chi 🙂 czy Ty też biegałaś bez koszulki?

Comments are closed.