Bieszczadnicy: Rzeźnicy i Rzeźniczki

by Gosia
0 comment

Wróciłam. Po tygodniu w pracy również powoli do rzeczywistości. Ale ciężko było stanąć przed szafą i wyciągnąć jakiś biurowy strój, umalować się, przestawić na korpo-tryb.

Bieszczady niezmiennie magiczne. Było przepięknie, każdego dnia – w weekend przed, kiedy biegaliśmy z dobytkiem na plecach a w górach było pusto. W poniedziałek, wtorek, środę, kiedy mieszkaliśmy w cichych, spokojnych i jakby wyludnionych Strzebowiskach. Oprócz nas w naszym pensjonacie tylko 2 osoby. Mijaliśmy się przy śniadaniu. Rano, kiedy wyszłam popracować na schodki zastałam stado koni na trawniku. Ze spaceru do sołtysowej (sprzedawała jajka) przyszedł ze mną pies, który nijak nie dał się odgonić, lizał nas po nogach i liczył na zabawę. Następnego dnia zjawił się kot.

Wzdłuż nieczynnych torów kolejki leśnej szliśmy do Przysłupu na pstrąga, pogawędziliśmy z właścicielami lokalnej galerii i zakupiliśmy przyszłe bezcenne dzieła sztuki. Było cicho, jeśli nie liczyć armii ptaków, spokojnie, nastrojowo.

I jak nam się tam dobrze pobiegało we wtorek! Ponad 15km tym razem bez plecaka, “Drogą Mirka” do Smereka i z powrotem. Po drodze opuszczony cmentarz, kilka fajnych podbiegów i jeszcze fajniejszych zbiegów i inni biegacze, aklimatyzujący się przed Rzeźnikiem. Porozmawialiśmy chwilę – to para która biegła Rzeźnika 10 razy (w tym roku 11), na zeszłorocznym dokumencie o biegu Rzeźnika który można było ostatnio obejrzeć na TVP Kultura opowiadali że przebiegli i następnego dnia wracają tą samą drogą.

Przeczytałam książkę, wyspałam się i wzorowo wykonałam zaplanowaną na te dni robotę. Żadnych rozpraszaczy.

Goście na trawniku
Gdzieś między Strzebowiskami a Smerekiem
ale to był fajny bieg!

A we środę przeprowadziliśmy się do naszej docelowej obozobiegowej miejscówki – dużej chaty w Smereku, z widokiem na górę Smerek, nad potokiem. Rozpaliliśmy ognisko, rozłożyliśmy karimaty, pośpiewaliśmy trochę i czekaliśmy na gości. Czekaliśmy. I czekaliśmy. Dotarli po północy i po drugiej. Siedzieliśmy przy tym ognisku do czwartej, aż ptaki znów zaczęły śpiewać a niebo nad Smerekiem zaróżowiło.

W czwartek z całą ekipą zrobiliśmy biegowo-pieszą wycieczkę na Połoninę – tym razem z drugiej strony (Chatka Puchatka-Smerek). Co za tłumy! Tydzień temu mijaliśmy pojedyńcze osoby, w Boże Ciało prawdziwe procesje. Ale i tak było pięknie 🙂 To taka trasa obowiązkowa, a część z drużyny nie była nigdy w Bieszczadach.

Przed przełęczą Orłowicza
Ale te Połoniny piękne!
W trawie
Przed Chatką
Za Chatką
Prawie w komplecie.

Piątek miał być dniem kibicowania Rzeźnikom. Zaczęło się od wpadki – rozłożyliśmy się rano przy szlaku, a trasa prowadziła drogą. Przez chwilę myśleliśmy nawet, że nasi tak pocisnęli, że nie zdążyliśmy. Ale nie, mea culpa – trasa jednak nie prowadzi cały czas czerwonym szlakiem.

Na szczęście Rzeźnicy ze Smereka do Berehów biegli dłużej niż my kończyliśmy śniadanie i jechaliśmy samochodem. Znowu koc, piknik i czekanie, trzymanie kciuków, wypatrywanie… Bardzo to było emocjonujące i wzruszające zobaczyć Krasusa z Bo, jak bardzo są już zmęczeni i jak walczą. Niby blisko do mety, ale to podejście pod Caryńską jest straszne, niby się kończy za lasem, a tam jeszcze ze sto metrów do góry po plackowatej łące i trzeba wysoko zadzierać głowę żeby zobaczyć szczyt. Nie wiem czy zadzierali, czy patrzyli pod nogi. Autentycznie im współczułam i jakoś tak niezręcznie mi było z tym kocem, kanapkami i beztroskim lenistwem kiedy oni się tak męczą. I jednocześnie zazdrościłam im strasznie, bo taki bieg to dla mnie inna orbita, nie w tym dziesięcioleciu, o ile w ogóle w tym życiu. Tak jak granice pojmowania odległości kończą mi się w tej chwili gdzieś na 50km, jak sobie wyobrażę że przeczołgałabym jeszcze te 8km po maratonie.

Chwilę potem na zbiegu z Wetlińskiej pojawił się Alex a za nim Remik i mielismy już ‘naszych’ odhaczonych na pit-stopie w Berehach. Pojechaliśmy do Ustrzyków, na metę. Czad! Biegli te ostatnie metry z zaciśniętymi zębami, zegar odliczał minuty po jedenastej godzinie, tłumy krzyczały.

Wielki podziw i wielka radość że tak super im się udało!

Kibicujemy w Smereku
Są nasi Mocarze
Berehy, po pit-stopie
Udało się!
Pąpkinsi pąpują
Chłopaki na mecie

W sznurze aut dojechaliśmy do Cisnej po nasze pakiety, gdzie spotkaliśmy jeszcze Andrzeja który zaprosił nas na jeleniowy gulasz rozdawany przez Nadleśnictwo Cisna. Fajny klimat tego ‘expo’ – boisko, koncert, chleb ze smalcem, piwo i jeden wielki piknik. Włączył mi się mimo to duży stres przedbiegowy i tak już trzymał do rana, mimo kolejnego relaksującego wieczoru oczywiście przy ognisku. W ogóle to teraz jak wspominam ten czas, to chyba z 20 godzin siedzieliśmy przy ognisku.

I już kombinuję jak by tu wrócić, i kiedy. Bo oswoiłam sobie ten kawałek planety i osiągnęłam poczucie bycia w znajomym miejscu – kiedy można zakodować widok za oknem, zapach, powtórzyć codzienne czynności w jednym miejscu. Kiedy ostatnio gdzieś się tak poczułam? Przy wszystkich sakwiarskich wyjazdach rowerowych to nieosiągalne; tam chodzi o to, żeby codziennie być gdzie indziej. A przewijając naszego podróżnego bloga ostatnio jesteśmy gdzieś albo przez 3 dni, albo na rowerze lub biegu 🙂 Więc ostatnio to było albo na Sylwestra w Rudawach Janowickich, w dżungli w Kostaryce, albo jeszcze wcześniej – w Kanczanaburi w Tajlandii. Bieszczady w zaszczytnym gronie.

Powiązane posty

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.