Bieszczady 2, czyli czekając na Rzeźniczka

by Gosia
1 comment

Jesteśmy tu znów, tym razem Drewniki w komplecie. Trochę łamigłówek logistycznych i po sprawnej podróży o 1 w nocy z piątku na sobotę parkowaliśmy pod jabłonką na podwórku pokojów ‘u Basi’. U Basi nie spaliśmy, ale bezpieczny parking był potrzebny na te dwie noce które postanowiliśmy przespać w schronisku. I o tej pierwszej w temperaturze 4C, w księżycową cichą noc, z latarką pobiegliśmy cztery kilometry do Jaworca.

065

2 w nocy, meldujemy się w schronisku

To chyba nasze ulubione schronisko, a byliśmy już we wszystkich PTTKowskich w Bieszczadach: w Komańczy, Pod Honem, w Jaworcu właśnie (drugi raz) i w Bacówce pod Rawkami. Nie da się tu dojechać samochodem i nie ma prądu (a ciepła woda dzięki solarom przy ładnej pogodzie płynie po 19tej). Niesamowicie klimatyczne jest siedzenie przy świecach w jadalni po zmroku. Tym razem na wieczorną posiadówkę było za późno, za to czekał na nas klucz w drzwiach pokoju, pościel i małe co nieco na dobry sen 🙂

066

i my też zaraz leżajsk

_DSF0029

Bacówka Jaworzec

Lekko przed południem zmusiliśmy się do opuszczenia tego spokojnego miejsca i odprowadzani przez ponad trzy kilometry przez Jaworcowego psa zaczęliśmy nasz spacerobieg. Oj, ciężko się biega z całym dobytkiem na plecach, nawet przy skromnym pakowaniu. Walczyłam dzielnie żeby nadążyć za Piotrkiem, który śmigał tego dnia jak kozica górska. Przez pierwszych kilka kilometrów w zasadzie tylko się wspinaliśmy – trasa prowadziła czarnym szlakiem  przez las wokół Smerka. Dotarliśmy do Przełęczy Orłowicza gdzie wzbudziliśmy zainteresowanie odpoczywających turystów. Musieliśmy chyba bardzo profesjonalnie wyglądać bo z pewnym podziwem wypytywali jak to się biega, i czy to jakieś zawody, czy trening. Tym bardziej, że o 22 tego dnia startował Ultra Rzeźnik (134 kilometry po górach, 8000m przewyższenia).

_DSF0061

bez plecaka to inna jakość zbiegu

_DSF0051

hasam w jagodzinach

_DSF0111

przed nami Chatka Puchatka, dalej – Połonina Caryńska

_DSF0110

Z przełęczy biegnie się przez kilka wzniesień do Chatki Puchatka. Widoki oszałamiające, udało nam się wypatrzeć Solinę i białe żagielki, z drugiej strony Chatka, dalej Tarnica (najwyższy bieszczadzki szczyt) a z prawej – pasmo graniczne i kawałek trasy naszego biegu sobotniego. W Chatce padłam jak nieżywa na ławeczkę… Przyszedł czas na zmianę koszulek na suche, herbatkę, piwo, relaks i masowanie nóg przed zbiegiem do Brzegów Górnych. Baaaardzo pozytywne zaskoczenie – nie boli mnie kolano, co uznaję za największy sukces tego dnia. Poza tym jestem tak zmęczona że dosłownie słaniam się na nogach. Dlatego do zielonego szlaku w kierunku Rawek idziemy już spacerem. Po czterech kilometrach marszu (i wcześniejszych 15 biegu/wspinaczki) dotarliśmy do Bacówki. Wow, tutaj jest prąd 🙂 i ciepła woda nawet dwa razy dziennie!
Mamy szczęście, bo jesteśmy pierwsi w siedmioosobowym pokoju i wybieramy sobie najmniej zarwane łóżka. Jest mocno spartańsko, wszystko trzeszczy, skrzypi, osypuje się i buja, ale nasz poziom sponiewierania sprawia że żadne warunki nie są straszne. Obiad (grule z bundzem!!!) smakuje doskonale, piwo jest idealne, towarzystwo miłe. Już po zamknięciu kuchni do schroniska dotarł jakiś lekko zagubiony Słowak, wyglądający na harcerza-seniora. I dla niego znalazło się łóżko i piwo za które zapłacił w Euro. Rozbawiły nas za to współlokatorki, które w łazience zastanawiały się czy dobrze prezentują się w ręcznikach, a pierwszą rzeczą o której rozmawiały rano była konieczność nałożenia makijażu.

_DSF0122

Pod Rawkami

_DSF0123

Bacówka PPTK Pod Rawkami

Obudził nas poranny rejwach w pokoju – od ósmej ciepła woda i śniadanie. Dzień zapowiadał się znowu słoneczny i ciepły (momentami aż za ciepły!). Wyleżeni, najedzeni i zupełnie odcięci od problemów pierwszego świata zaczęliśmy podejście na Małą Rawkę. A to chociaż krótkie- mocno dało w kość, Schody, schody… za to na górze silny wiatr, szybkie suszenie i czas na zdjęcia. Nie czekały nas dziś jakieś ekstremalne wyzwania, bardzo przyjemnych zielonym szlakiem pobiegliśmy do Wetliny. W wyniku utopienia na mojej szyi i rękach zginęły setki małych, chyba świeżo narodzonych białych muszek. Ścieżka była momentami tak wąska, że kopałam się po kostkach. Za to urodzaj jagód będzie w tym roku w Bieszczadach potężny!

_DSF0143

schnę na Małej Rawce

Stopa z Wetliny łapaliśmy jakieś 3 minuty. Zatrzymała się pani z naklejką New York Marathon. Jak się okazało jej tato biegnie 134km ultra-Rzeźnika. Szacunek. Pani jeździ między punktami kontrolnymi i dopinguje.

Nasze autko czekało pod jabłonką, na obiad był jeleń a nasz pokój na najbliższe trzy dni jest super. We wsi nie ma sklepu, ale sołtysowa zaprasza na śniadania. Mamy leżaczki, grilla i wannę z bąblami. I ciepłą wodę 24h 🙂

Wieczorem skoczyliśmy jeszcze do Cisnej na metę Rzeźnika Ultra. Chwilę przed naszym przyjazdem dobiegł zwycięzca. Pokonał ten morderczy dystans w 20 godzin i jedną minutę. Całkiem spokojnie popijał piwo siedząc na trawie. Następni dwaj dotarli ponad 40 minut później. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że z 300 zawodników na ostatni punkt kontrolny (118km) w limicie czasu dotarło 19-tu. To rzeczywiście może być najcięższy bieg w Polsce. Przy tym nasz Rzeźniczek wydaje się pikusiem, ale ja po wczorajszych podbiegach już wiem że lekko nie będzie. Za to na pewno piwo z lokalnego bieszczadzkiego browaru będzie na mecie smakować wyśmienicie!

_DSF0147

Zwycięzca (w białych klapkach) po 134km czeka na mecie na drugiego finiszującego

_DSF0155

2 i 3 miejsce, dobiegli razem. Z tyłu czas.

Powiązane posty

1 comment

Anghel 08/06/2015 - 15:26

Super!!! Gratuluje i zazdraszczam tych bieszczadzkich widokow 😉

Reply

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.