Camp Zaton: Dober Dan, Chorwacjo!

by Gosia
0 comment

Całe popołudnie spędziliśmy w podróży. Dosłownie godzinę po opuszczeniu kempingu nad Balatonem zdecydowaliśmy, dokąd jedziemy 🙂 
Po wnikliwej analizie prognozy pogody wybór padł na Riwierę Zadar i położony tuż przy miasteczku-wyspie Nin kemping Zaton. Trasę pokonaliśmy w 6 godzin- z długą przerwą w Zagrzebiu. Lało, temperatura osiągała w porywach 13C, wiec zamiast zwiedzania miasta pojechaliśmy do centrum handlowego gdzie Władek wybiegał się po podłodze i dywanie w strefie relaksu i sklepie Lego. A my kupiliśmy sobie zestaw 16+, pięknego, czerwonego kamperka Volkswagena do złożenia po powrocie do domu.
Za Zagrzebiem zaskoczyły nas przepiękne widoki na góry. Cały czas jechaliśmy autostradą poprowadzoną przez kilkanaście tuneli, najdłuższy miał ponad 5,5km. Do Zatonu dotarliśmy po zmroku i szybciutko wybraliśmy parcelę. 
Kemping jest ogromny- na prawie 5000 osób! To małe miasto – są sklepy, restauracje, kawiarnie, duża strefa basenowa, a na obrzeżach dyskoteka. W przeciwieństwie do balatońskich kempingów to miejsce tętni życiem. Mamy miejsce kilka uliczek od plaży, która jest piaszczysta po chorwacku- a po naszemu ziemista.

Już na pierwszym spacerze znaleźliśmy trzy place zabaw, są nawet specjalnie mini-prysznice dla dzieci, a wejście do wody na kilkadziesiąt metrów bardzo płytkie. Władek będzie zadowolony, a my zamierzamy zwiedzać okolicę rowerem i trochę poleżeć patrząc na zatokę Adriatyku i góry. Wybraliśmy parcelę w cieniu starych sosen i udało mi się między nimi zawiesić hamak: będzie miejsce na relaks i lekturę.
Następnego dnia wybraliśmy się do campingowego aquaparku. Bardzo przyjemnie spaceruje się zatonowymi uliczkami. Przyglądamy się innym parcelom, kamperkom i przyczepom, podziwiamy pomysłowe dekoracje, girlandy kolorowych światełek, podwieszane doniczki z kwiatami i polowe kuchnie. Widać, że niektórzy są tutaj na co najmniej kilka tygodni. Oprócz pokaźnej rzeszy emerytów drugą największą grupę stanowią rodziny z małymi dziećmi – a atrakcji tu co nie miara. Na basenach jest specjalna sekcja spryskiwaczy dla maluszków. Są mini fontanny sikające z ziemi, pokrytej bezpieczną nawierzchnią, są rurki, z których ciurczy woda, armatki wodne, tunele do przebiegania. Władek wpadł w wodny amok i nie mogliśmy go stamtąd wyciągnąć. Dla starszych są oddzielne dwa piętra wypełnione basenami o różnej głębokości i temperaturze, są też zjeżdżalnie i jacuzzi. Po wodnych szaleństwach można coś przekąsić – na miejscu są restauracje i kempingowy pasaż handlowy. Tutaj codziennie kupujemy świeże pieczywo. Najbardziej smakuje nam kukurydziana bagietka.

Od razu wyciągnęliśmy też rowery i przyczepkę i drugą część dnia spędziliśmy eksplorując okolicę. Nin jest przepiękny! Z kempingu do miasta zjeżdża się w dół i ciężko skupić wzrok na drodze, bo zza czerwonych dachów miasteczka wyłania się zatoka, a tuż za zatoką widać górskie pasmo Welebit. Piotrek mówi, że gdzieś tam jest słynny wspinaczkowy rejon Paklenica. W jego głosie nie słychać jednak tęsknoty – widać, że rowerowe przygody rodzinne dostarczają wystarczająco dużo wrażeń.

Na obrzeżach maleńkiej, malowniczej starówki w Ninie można obejrzeć przedromański kościół św. Krzyża z ok. 800 r. Uważany był niegdyś za najmniejszą katedrę świata, ponieważ w IX w. był najprawdopodobniej siedzibą biskupa Ninu. Mierzy tylko 40m po obwodzie.

W miasteczku jest kilka przyjemnych restauracji serwujących typowe chorwackie przysmaki – cevapcici, grillowane mięso i owoce morza. Nie szukaliśmy typowego menu dla dzieci – Władek z radością pochłania wszelkiego typu zupy i gnocchi, a czasem posmakuje trochę ryby z talerzy rodziców.
Nad zatoką welebicką po ninskiej stronie rozciąga się podobno jedna z najpiękniejszych plaż Chorwacji – piasek jest tutaj żółciutki, plaża szeroka i długa i pełna latawców. Wieje bardzo mocno i kite’surferzy uwielbiają to miejsce.

Rajska Plaża w Ninie

W Zatonie spędziliśmy aż 6 dni – podobała nam się bardzo lokalizacja kempingu w starym lesie pełnym ptaków, których śpiew towarzyszył nam od świtu do zmierzchu, a czasem i w nocy. Nie czuliśmy obecności tysięcy sąsiadów, bo parcele były przestronne, sanitariatów mnóstwo, obyło się bez tłoku czy kolejek w sklepie i piekarni. Na basenie też bez problemu znajdowaliśmy swoją przestrzeń. Ścieżka rowerowa zaczynała się tuż za bramą – można nią było dojechać na Vir, do Zadaru, a zbaczając po kilku kilometrach na lokalne drogi – zwiedzić cały półwysep.
Codzienne długie spacery z wózkiem odbywaliśmy po terenie kempingu, tuż nad brzegiem morza prowadził tu spacerowy chodnik i można było tak iść ponad kilometr.

Na Vir wybraliśmy się na drugi rowerowy wypad z Zatonu. Z półwyspu na wyspę prowadzi krótki, acz stromy most. Po prawo roztaczał się widok na zatokę i góry, po lewo co jakiś czas prześwitywał Adriatyk. Vir to dwudziesta największa wyspa Chorwacji, o wymiarach około 4 na 10 kilometrów. Nie ma tu specjalnych zabytków a największe miasteczko- Vir- oferuje raczej morskie widoki niż architekturę. Kiedy już już, wśród jednolicie kremowych domów o czerwonych dachach otoczonych kamiennymi płotami i drzewkami oliwnymi udawało nam się wyobrazić sobie Rzymian spacerujących w sandałach i białych togach, woły ciągnące dwukółki pełne beczek oliwy czy osiołki, pasące się wśród cyprysów, zza rogu wyłaniał się jakiś wytwór słowiańskiej fantazji. A to pomarańczowe ściany i niebieski dach, a to nieotynkowane pustaki i niedokończone piętra, to wreszcie pałacowe barierki, kolumienki, jadowity fiolet i róż elewacji cygańskiego pałacu. Mimo soboty nie zastaliśmy nigdzie nawet grupek turystów- łódki kołysały się zacumowane w porcie, kempingi jeszcze zarośnięte trawą, kawiarnie świecące pustkami. 
Przy plaży wypiliśmy kawę, wyhuśtaliśmy Władka który przespał całą drogę i, tym razem z wiatrem, wróciliśmy na kemping. 20km po lekkich wzniesieniach przyjemnie wpłynęło na rodzinne morale.

Wieczorem przed wyjazdem objechaliśmy jeszcze półwysep wszerz – poprowadzono tutaj bardzo przyjemną trasę rowerową z widokiem na morze, a po przejechaniu na drugą stronę – zatokę welebicką. W pewnym momencie skończył się asfalt i mieliśmy okazję przetestować Chariota na prawdziwych bezdrożach i w głębokich błotnych koleinach. Władek nie protestował, za to my byliśmy trochę zdenerwowani czy zaraz nie urządzi nam awantury.
Obłędne widoki towarzyszyły nam przez cały wieczór.

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.