Candy Race Cincinnati

by hajski
0 comment

W maju, z okazji podróży służbowej miałem okazję ponownie odwiedzić okolice Cincinnati w stanie Ohio.

Praca pracą, ale oczywiście czas na bieganie też się znalazł. Oprócz treningów ogólnorozwojowych w hotelowej siłowni i basenie wykonałem też dwa biegowe i nawet zaliczyłem jeden start – wszystko zgodnie z zaleceniami Trenerki. Wykonanie tych ostatnich nie było jednak łatwe, bo o Cincinnati można powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to że jest miastem równinnym. Pomimo poszukiwań nie udało mi się znaleźć miejsca do biegania z kilometrowym, płaskim odcinkiem. Jest tam mnóstwo pięknych parków z wyznaczonymi biegowymi ścieżkami, ale wszystkie pagórkowato-górzyste.  Tak więc planowane 40 min S2 wyszło jak fartlek, bo biegłem je w parku który ma piękną, wyasfaltowaną ścieżkę w okół jeziora, ale okraszoną naprawdę wymagającymi podbiegami z oznaczonymi podejściami (serio !!! na ścieżce dla pieszych są znaki ostrzegające przed stromizną, tak aby wózkowe mamy uważały spacerując ze swoimi pociechami 🙂 )

Drugi trening, czyli kilometrówki robiłem wzdłuż parku Cottell w Mason – 3 minuty jazdy od mojego hotelu. To bardzo ładnie utrzymane miejsce z przepięknym trawnikiem, kilkoma boiskami do baseballa, koszykówki, piłki nożnej i urokliwym, secesyjnym domem po środku. Dodatkowo w rogu parku umieszczona została część poświęcona pamięci lokalnych weteranów, ale tak jest w całych Stanach.

Biegałem tam kilometrówki (po 4:35) w formie okrążeń wokół parku i muszę przyznać że nie było to łatwe, bo trasa choć malownicza to ponownie była wymagająca. Biegałem po czworoboku, gdzie jedna prosta była w dół, druga pod wiatr i trzecia mocno w górę. Jak się trafił szybki km pod wiatr i w górę to weszło w 4:41.. jak z wiatrem i w dół to się trzeba było hamować a i tak wyszło 4:25, czyli zbyt szybko.  Ale co pobiegane to moje, trening zaliczam do udanych. Tym bardziej że tempo 4:35 wchodziło dobrze. Fizjolog dał radę!

Na deser pooglądałem mecz baseballa, a w zasadzie trzy, bo na trzech sąsiadujących ze sobą boiskach dzieciaki grały równolegle, to chyba jakaś ligowa kolejka 🙂 Sytuacja znowu amerykańsko-sztampowa – dzieci maksymalnie wciągnięte w grę, a wokół boiska jeszcze bardziej wciągnięci w kibicowanie rodzice, dopingujący swoje pociechy. Bardzo lubię tą część amerykańskiego stylu życia. Tu chyba każde dziecko uprawia amatorsko jakiś sport – czy to koszykówkę, baseball, piłkę nożną, track and field (czyli m.in. bieganie), futbol, czy mniej znane u nas sporty jak wywodzący się z kultury indiańskiej lacrosse. W miejscowym odpowiedniku gimnazjum (Middle School), do którego uczęszcza 1800 uczniów oferta sportowa obejmuje koszykówkę, cross, futbol amerykański, golf, siatkówkę, softball, pływanie, tennis, lekkoatletykę, zapasy. U nas graliśmy w gałę lub unihoca i tyle.

Snyder House, Cottell Park, fot. deerfieldtwp.com
Dziecięcia liga baseballa, Cottell Park
Jeden z podbiegów w Sharon Woods Park, fot. 365cincinnati.com

Candy Race

Ale wróćmy do meritum. Żeby było w tym tygodniu trochę rywalizacji, zapisałem się zawczasu na sobotni bieg pt. Candy Race 5K w Cincinnati. Impreza w samym środku miasta, w parku nad rzeką Ohio.

Trasa była… ciekawa 🙂 Najpierw biegliśmy na zachód od startu, gdzie wyznaczone były dwa kółka, potem przebiegłem obok linii startu/mety i dalej kontynuowałem jeszcze jedną pętlę na wschód od linii startu. Zacząłem oczywiście za szybko, musiałem się mocno hamować, ale jak się później udało z sukcesem. Drugie kółko w zachodniej części trasy robiłem już w tłumie wolniejszych biegaczy, skacząc to na prawo, to na lewo by wyprzedzać biegaczy, maszerujących i rodziców z wózkami, co było mega dziwnym doświadczeniem. Na szczęście trwało to tylko kilkaset metrów i na wschodniej części trasy było już pusto, natomiast znowu pagórkowato (wspominałem że tu górzyście, prawda?). Starając się utrzymać tempo parłem ile sił w nogach za nastoletnią dziewczyną (ale to brzmi!) której finalnie nie udało mi się dogonić pomimo finiszu w tempie  poniżej 4min/km.

Na mecie okazało się że dobiegłem 10-ty oraz że co ważniejsze – pobiłem życiówkę 🙂 Za metą czekał super medal (każdemu chętnemu dumnie pokażę w domu) oraz mnóstwo candies (nazwa biegu zobowiązuje!). Ja poprzestałem na wodzie i bananie i powoli, z drugim bananem na twarzy potruchtałem do hotelu i dalej na lotnisko aby złapać samolot do domu.

 

Pan w białym wygrał z czasem ok. 16min, pani w czarnej była moim zającem 🙂 fot. Maxout Events
Zbyt szybki start 🙂 fot. Maxout Events
Medal - jest. Flaga - jest. Rekordzista - jest.
Lista pojawiła się zaraz po tym jak przybiegłem.
Downtown Cincinnati - 4-ta ulica.
Amerykańscy strażacy

 

 

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.