Corcovado National park – początek przygody

by hajski
0 comment

Kiedy przez jakieś dwa tygodnie czytałam wszystkie fora o Kostaryce i trafiłam na opisy Corcovado i kiedy wreszcie zdecydowałam że tam pojedziemy, nie przypuszczałam że to będzie aż taka przygoda. A teraz po kolei.

Corcovado to olbrzymi zalesiony obszar na półwyspie Osa, na południowo zachodnim krańcu Kostaryki. 

Na terenie parku nikt nie mieszka, toteż najlepiej zacząć wyprawę w jednym z dwóch miejsc wypadowych- Drake Bay, skąd do parku wpływa się łodzią, albo w Puerto Jimenez, skąd można dolecieć albo dojść, po uprzednim przejechaniu 40km taksówką. Konkretniej – Jeepem, bo jedzie się przez kilka rzek i zero asfaltu.
Na terenie parku można spać tylko w jednym miejscu- w stacji badawczej La Sirena, gdzie mieszkają strażnicy leśni i badacze.
Strażnicy pilnują Corcovado przed poszukiwaczami złota, kłusownikami którzy polują na dziki, oraz przed przemytnikami narkotyków.
La Sirena położona jest 400 metrów ofdplaży, mniej więcej w połowie linii brzegowej Corcovado i z trzech stron otoczona gęstym lasem.
Od ubiegłego roku po parku można poruszać się tylko z przewodnikiem i tylko w jego towarzystwie można wejść do parku i z niego wyjść.
Dzięki wskazowkom z tripadvisora dotarłam mailowo do jednego z przewodników- Rodolfo, i z pomocą jego asystentki zarezerwowałam go na pobyt z nami.
Vanessa zarezerwowała nam też nocleg w stacji, co jest dosyć skomplikowane bo miejsc jest tylko 25, oraz posiłki w stacyjnej stołówce, ktore tez trzeba zaklepać miesiąc wcześniej, bo jedzenie do stacji dowożone jest łodzią lub samolotem.
Tak przygotowani dotarliśmy do Puerto Jimenez ktore już wczesniej opisywałam. Na miejscu odwiedziła nas niespodziewanie Vanessa i okazało sie ze  pomyliła daty i Rodolfo wyszedł do dżungli z częścią grupy dzień wcześniej. W ramach rozwiązania zaproponowała, ze albo wejdziemy do parku z innym przewodnikiem i Rodolfo przejmie nas na pobyt na miejscu i odprowadzi do domu, albo polecimy do La Sirena aerotaxi z Puerto Jimenez, na jej koszt. Tym samym spędzimy z Rodolfo wszystkie 3 dni, tak jak to było planowane. Nietrudno zgadnąć którą opcję wybraliśmy!
Zaopatrzeni w batoniki muesli i spakowani najlżej jak się dało wstaliśmy skoro świt i podziwiając wschód słońca nad Zatoką czekaliśmy na godzinę odlotu.

 Trochę nas zaskoczył pilot, dzwoniąc do hotelu z pytaniem czy jesteśmy już gotowi, to może wczesniej ruszymy. Poszliśmy więc czym prędzej na lotnisko. Pilota zastaliśmy w jego warsztacie (chyba na boku naprawia samochody). W klapkach poprowadził nas przez płytę lotniska do samolotu. Odbyło się manualne wypychanie awionetki, jak w aeroklubie. 
Piotrek dostał zaszczytne miejsce drugiego pilota, a oprócz nas leciało jeszcze małe cargo dla dwóch przewodników i strażnika ze stacji. 

Wyjątkowo mało panikowałam, zwiało mi z głowy kapelusz, widoki były wspaniałe a pilot coś tłumaczył Piotrkowi ale nie słyszałam bo huk był ogromny.
Po kwadransie nagle przed nami wyłonił sie wycięty w lesie, długi na 300 metrów kawałek polany- lądowisko przy La Sirena. Pilot pochwalił sie ze lądował tu już 14 000 (!) razy, i wykorzystał tylko 200 z 300 metrów. Wyrzucił cargo na trawę, zrobił sobie z Piotrkiem zdjęcie i zaraz wystartował bo miał po nas kurs z San Jose.

A my poszlismy sie zameldować i spotkać z Rodolfo.

Powiązane posty