Dzień 3: Bela Crkva – Plevicevita, 120km

by hajski
0 comment

Ach, co to był za dzień! Wyspaliśmy się porządnie, do tego stopnia ze mimo wrażenia ze obejrzeliśmy cały mecz, przegapilismy jakos karnego Kolumbii. Warunki nie były idealne bo po drugiej stronie jeziora na dansingi do bladego świtu śpiewała jakaś lokalna pieśniarka. Zaczęliśmy od kawy z widokiem na jedno z jezior w Belej Crkvi i zdjęcia z panem właścicielem. Utrzymywał ze lepiej gdybyśmy jechali przez Serbię, bo ‘tu jest prawdziwa wolność’, nie w jakiejś tam Unii. 

Mimo to nie zmieniliśmy planu i po zakupach śniadaniowych udaliśmy sie zgodnie ze znakiem: do Rumunii.
Zaczęło sie od podjazdu, z którego szczytu rozpościerał sie widok na przejście graniczne. Ruszyliśmy nie bez stresu, bo nikt po drodze nas nie zameldował, a taki jest tu teoretycznie obowiązek. Na szczęście strażnik nie pytał o świstki i juz po chwili wpadlismy w otwarte ramiona Unii Europejskiej. Prawie jak w domu! 
Co zaskakujące, nie było tu żadnego kantoru, i tylko kilka malutkich sklepików z mydłem i powidłem. Dobrze ze mamy zapas waluty przy sobie.
Kilka kilometrów za przejściem granicznym z Rumunią stanelismy przed wyborem, ktory dyskutowalismy od wczoraj: nadkladac 30km po płaskim, czy jechać skrótem przez góry. Ponieważ  spotkany rano nowozelandzki rowerzysta poczuł respekt kiedy Jacek objaśnił mu ze planujemy skrót – wstyd byłoby sie wychować. I tak w skwarze i pełnym słońcu zaatakowalismy pierwszy rumuński podjazd. 6 kilometrów do góry, gorąco tak, ze miałam wrażenie ze zaraz sie usmażę, ale udało nam się bez przerwy. 

Zjazd był za to rewelacyjny! Siłą rozpędu doturlalisny sie do Dunaju by stawić czoła prawdziwej zmorze rowerzystów. Wiatr wiał tak mocno i prosto w twarz, ze prawie zatrzymywał nas w miejscu. Po tym jak nigdy wczesniej nie robiliśmy takiego podjazdu, teraz wiało jak nigdy wczesniej. Ale i widoki były zupełnie zaskakujące. Dunaj rozlewa sie tu szeroko, po obu stronach otoczony górami. 

Wjechaliśmy na teren parku narodowego Djerdap, tyle ze oglądaliśmy go z rumunskiego brzegu. Po dwudziestu  kilometrach jazdy z prędkością piechura wiatr trochę osłabł i mogliśmy sie w pełni nacieszyć krajobrazem.

Na tym cyplu widać zarys zamku Golubac!
Zaobserwowalismy tez licznych przedstawicieli rumuńskiej fauny – krowy, wszędzie obecne bezpańskie psy, owce i kozy! Ta zainteresowała się sakwami .)

I tak jechaliśmy kolejne 60km, zachwycając się pięknymi widokami i z zainteresowaniem obserwując jak Rumuni korzystają z tego dobrodziejstwa natury. Mijaliśmy tylko kilka wiosek w których zwykle mieściły sie małe pensjonaty i knajpki nad samym brzegiem rzeki. Wszędzie lopocą flagi unijne, chociaż miejsca ktore widzieliśmy dzisiaj wyglądają mniej unijnie niż Serbia.

Naddunajską droga przebiega tylko kilka metrów od rzeki- i każdy wolny metr lub zatoczka obsadzone są wędkarzami z rodzinami. I Daciami. Większość rozbija namioty, mają turystyczne stoliczki, butle i grille. I tak leniwie płynie czas.

Wygląda na to, ze wędkowanie to jakis sport narodowy. Po drodze widzieliśmy sporo posterunków pograniczników, obserwujących serbski brzeg i potencjalnie chroniących granice UE przed intruzami. Kiedy chwilę rozmawialiśmy z jednym z nich o opcjach noclegowych w okolicy, podjechał po niego bus pełen podgranicznikow. Nasz rozmówca żeby mieć gdzie usiąść musiał przenieść do bagażnika pełną siatkę ryb!
Moze jutro jakiejs skosztujemy. 

Tymczasem pełni wrażeń i mocno zmęczeni relaksujeny sie przy piwie i meczu w pensjonacie nad samym brzegiem rzeki. Świerszcze i żaby próbują przezkrzyczec sie nawzajem, na drugim brzegu migocą światła z Serbii. Notkę wrzucam z opóźnieniem, bo dopiero teraz trafiliśmy na wifi. Udanej niedzieli!

Powiązane posty