Dzień 3, Stepperg – Duling (142+ 5 :)), Niemcy: kraj bez spożywczaka.

by hajski
0 comment

Ufff… Lato zawitalo do Bawarii. Obudzilo nas slonce i Niemcy jedzący śniadanie o 6:30 w kuchni sąsiadującej z naszą sypialnią.  Poranne rytualy zajmują nam z dnia na dzien coraz mniej czasu i ruszylismy chwilę po 9.
O ile dzień zero był podniosły, dzień pierwszy- widokowy, drugi- podjazdowo miasteczkowy, to dzisiejszy mianuje dniem żwirowej drogi i rzeki. Pokonalismy ponad 100km po nieutwardzonej drodze nad samym brzegiem Dunaju. Sielsko, spokojnie i tylko gdzieniegdzie elektrownia.
Co nas za to dzisiaj uderzylo to zupelnu brak sklepow spozywczych w tych mijanych miejscowosciach. Sa tylko wieksze sieciowki typu Netto, Aldi albo Lidl, ale to w wiekszych miastach przy wylotówkach. Jest sporo piekarni i lodziarni, ale gdzie Niemiecki Kowalski kupuje codziennie mleko, jogurt i wursta to ja nie wiem.
Dzisiejszy dzien wyroznia przede wszystkim nowy srodek transportu: statek. Nasza mapka zalecala przeplyniecie pięciu kilometrów zamiast jazdy rowerem ze wzgledu na malo przyjazny, ruchliwy odcinek drogi. Tak tez zrobilismy. I Dunaj kolejny raz nas zaskoczyl. Strome skaliste zbocza gór wyrastaly prosto z meandrujacej rzeki. Przez dwadziescia minut podziwialismy widoki popijajac na górnym pokładzie lokalne bawarskie piwo (niektorzy, np. autorka tego,bloga pili mrożoną kawe). A potem dalej: jazda i pikniki tuż nad wodą.
Bardzo mocno zmeczeni zaczelismy szukac noclegu chwile po 18. I znowu kicha. Albo pozajmowane, albo pozamykane, albo czterogwiazdkowe. Nawet Walhalla nie miala nam nic do zaproponowania. A to bardzo nieprzyjemne, kiedy na stotrzydziestym kilometrze wspina sie kilometr stromo pod gore zeby sie dowiedziec, ze tam tez nie ma zadnych pokoi. Dopiero o zmierzchu odrecznie namalowany znak Zimmer Frei we wsi na zupelnym koncu swiata napelnil nas  nadzieją. I chociaz wlasciciele nie mieli ani trzyosobowego pokoju, ani sniadania, ani nawet restauracji w poblizu, ani w ogole nic do jedzenia, my dzielnie obstawalismy przy checi spania wlasnie u nich. Szczerze mówiąc nasze strategiczne czesci ciala rowerzystow mialy serdecznie dosyc (wszystko przez ten żwirek). Ja staralam sie dodatkowo wygladac na wycienczona i przekonywac ze wystarczy nam jakikolwiek pokój.  Prosze o docenienie tych osiagniec, ja nic nie rozumiem po niemiecku a samodzielnie powiedzialam ze wir haben wurst mit uns und das ist okej. Bo sklonni bylismy na kolacje zjesc nasze awaryjne kabanosy, popic awaryjnym piwem i pasc nawet i na dwoch lozkach i kawalku podlogi.  Chyba wygladalam dosc przekonujaco, bo pani zadzwonila do siostry i siostra dwie ulice dalej miala 2 wolne pokoje. Szwagier eskortowal nas rowerem. Pelen sukces. Nasze jednoslady stoja bezpiecznie zamkniete w drewutni.
Problem braku jedzenia tez udalo sie zaadresowac. Pani wlascicielka zaproponowala ze zamowi nam pizze. Z miesem, bo mięsa po calym rowerowym dniu chce sie tak samo bardzo jak piwa i spania. Niestety okazalo sie, ze nikt do tej wsi nie dowozi jedzenia. Wiec Pani wpadla na pomysl, ze jej mąż zawiezie nas do restauracji a potem po nas przyjedzie. Dzieki Bogu Jacek cos rozumie i  mowi i wypracowal w lingwistycznych bólach rozwiazanie. Pani zamowila jedzenie a mąż ze mna po nie pojechal. I tym sposobem, w klapkach prysznicowych i dresie na piżamę zaliczylam na koniec dnia 15 kilometrową wycieczke srebrnym mercem z emerytowanym Niemcem, do wloskiej restauracji. Tam spotkalam sami juz wiecie kogo. Mysle ze nasze fatum bylo blisko i tym razem.
Jako ze historia lubi sie powtarzac jutro tez pewnie bedzie wesolo z noclegami. I znowu niczego nie rezerwujemy, bo ktos kogos zna kto ma pokoje, albo jakis Polak z parkingu pomoze. Ciekawe, co szykuje dla nas Dunaj i czy pojutrze obudzimy sie juz w Austrii?
/notke przeczytacie pewnie we srode rano, drugi dzien z rzedu spimy bez wifi/

Powiązane posty