Dzień 4: Plevicevita- Krzaki gdzieś na Ostrovu Mare, 126km

by hajski
0 comment
Po w połowie przespanym meczu Holandia:Kostaryka udało nam się wstać na śniadanie juz o 8. Rumunia jest w innej strefie czasowej (+1 w stosunku do Polski) wiec to niezły wakacyjny wyczyn. Tylko potem czas jakos sie rozplynal na celebrowanie kawy z widokiem, leżakowaniu na plaży, turnieju pingpongowym, drobnych poprawkach rowerowych i ostatecznie ruszyliśmy dobrze po 11. Z niewielką pomocą wepchnełam rower na drogę:

No i się zaczęło! Djerdap w całej okazałości. Dużo podjazdów wymagających oblewania się wodą rekompensowały nam zapierające dech w piersiach widoki na przełom Dunaju. Spokojną drogą przejechalismy przez kolejne wczasowe miejscowości, oddzielone stromymi podjazdami i szybkimi zjazdami. Tutaj w odróżnieniu od mijanych wczoraj wsi było na bogato- ładne pensjonaty, niezłe auta, motorówki i przechadzający się niedzielni spacerowicze. Rowerzystów brak, poza ruchem lokalnym. I tak, zatrzymując się co chwilę żeby się schłodzić i napatrzeć dotarliśmy do jednego z najwęższych miejsc Dunaju.

Bardzo nie chcieliśmy opuszczać tego wzgórza, ale dalszy etap okazał sie równie widowiskowy.
Po drugiej stronie widać było odpowiednik naszej drogi w Serbii, z kilkudziesięcioma wykrytymi w skale tunelami. Fakt, ze są nieoświetlone przyczynił sie do wyboru rumuńskiego brzegu na pokonanie tego odcinka. Po kilkunastu kilometrach achów i ochów osiągnęliśmy kolejny mocny punkt widokowy- rumuńską Mount Rushmore, z podobizną jednego z królów.

A potem stopniowo góry łagodnialy az dojechaliśmy do Orsowej, gdzie starając się jak najbardziej oddalić od cygańskich osiedli (o tym bedzie oddzielna notka) przysiedlismy na ławeczce by posilic sie kanapkami i batonikami Rom.

Czekał nas najgorszy fragment tego dnia- droga krajowa nr 6, prowadząca do mostu i przejścia granicznego do Serbii. I tak nie TIRy okazały sie najgorsze- bo jadąc poboczem wyprzedzani byliśmy bardzo kulturalnie, i równie regularnie przyjacielski obtrąbiani. Za to prawie wykończył nas upał. Asfalt prawie sie topil pod bezchmurnym niebem na tej drodze z przepaścią po jednej i skalną ścianą po drugiej stronie. Kiedy temperatura przekroczyła 40C postanowiliśmy zaraz po zjechaniu z tej drogi trochę odsapnąć. Spędziliśmy całkiem sporo czasu w dziale chłodniczym w Carrefourze. No bo ile czasu można wybierać ser i parówki?

Zaopatrzeni w zapasy potrzebne do godnego biwakowania, plus 5 litrów piwa potrzebnego do udanego biwakowania skrecilismy w kierunku wyspy.

W jednej z mijanych wsi Piotrek wypatrzył idelny deser biwakowy- arbuzy sprzedawane przy drodze. Rodzina prowadząca biznes zamachala, my odmachalismy i juz po chwili próbowaliśmy przekonać pana żeby jednak pozwolił nam zapłacić, a nie dawał pol arbuza za darmo.

Pan ofiarnie pomógł Piotrkowi umocowac owoc na sakwach, a to przy pomocy kawałka drutu ktory wyciągnął z samochodu.

Słońce powoli zachodziło a my ciagle nie mieliśmy pomysłu gdzie rozbić namioty.  A to wędkarze, a to za bardzo na widoku, za blisko drogi, za daleko drogi…  I tak zrobiło sie prawie ciemno.

Jedziemy dalej! Wjechaliśmy na kilkukilometrową wyspę. Na moście czuwał strażnik graniczny którego psy konkretnie nas przegoniły. Zdecydowaliśmy sie zjechać z tej czwartorzędnej drogi do mijanej wsi i spróbować rozbić namiot u kogoś na podwórku. Skrecilismy w szutrową drogę i wpadliśmy do wehikułu czasu…

(…)
Ostatecznie jako ze było juz zupełnie ciemno, rozstawilismy obóz na polu w bezpiecznej odległości od drogi. Niestety trafiliśmy na godzinę wzmożonego ataku komarów, zupełnie obojętnych na OFFa i Autan. Ci którzy jeżdżą na Mazury znają dobrze tę godzinę- w powietrzu jeden wielki bzyk i tylko szczelna moskitiera ratuje życie. Schowaliśmy sie wiec do namiotu, otworzylismy rumuńskie piwko, a ja wychylając się co kilka sekund za przedsionek ugotowałam nam wysoko białkową kolację- kiełbasę na jajecznicy. 
Rowery przykrylismy brezentem i zabezpieczyliśmy alarmem z czujnikiem ruchu. Spaliśmy na totalnym pustkowiu, z poduszki widać było gwiazdy a słychać – żaby, świerszcze, szturmujące komary i cumujące w Serbii statki. 

Powiązane posty