Dzień 5: krzaki- Calafat, 90km

by hajski
0 comment
Rano obudził nas alarm rowerowy uruchomiony przez Jacka otwierającego swój namiot. Było parę minut po szóstej i słońce zaczynało grzać coraz mocniej. Rozejrzelismy się pierwszy raz po naszym obozowisku widząc cokolwiek dookoła. Trafiliśmy całkiem niezle- kawał rżyska, dwa drzewa i niewiele ponad to.
Jak widać promienie słońca skrzętnie wykorzystywane są od rana- na namiocie Jacka dumnie prezentuje się turystyczny solar.
Nieocenione okazały sie moje nowozakupione naczynia i palnik (dzięki TosiAmorki!). Zjedliśny iście królewskie śniadanie, z opcjami wyboru owsianki lub parówek jako dania ciepłego.

Tym razem wystartowalismy przed dziewiątą. Co kilka kilometrów mijaliśmy spokojne wioski, pełne plotkujących przy płotach pań, zasiedzialych na ławeczkach staruszków i grupek dzieci. Co chwilę ktoś do nas machał lub krzyczał, dzieciaki przybijały nawet piątki a jedna z pań chciała nam dać w prezencie rumianek, którego spory pęk wlasnie gdzies scięła.

Co ciekawe, przy wjeździe i wyjeździe do każdej wsi stoją studnie. Niektóre są nawet wyposażone w garnuszki, tak ze każdy moze sobie wyciągnąć trochę wody i się napić. Biorąc pod uwagę panujące upały to całkiem rozsądnie 🙂
Każda miejscowość ma też na wjeździe znak powitalny z flagą Rumunii i UE, a wszystkie instytucje publiczne mają wywieszone unijne flagi. 
 A ja jestem w szoku, bo więcej prac polowych jest tu wykonywanych przez konie niż ciągniki. Naprawdę- konie pracują ciężko zwożąc siano, ziarno po żniwach, albo całe rodziny na zakupy. I ani widu wypasionych ciągników jak te kupowane na potęgę przez polskich rolników.

Ten biedak ledwo dawał radę pod górę. Przystanął co chwilę a panowie przytrzymywali wóz żeby sie nie stoczył.

A tutaj Rumcajs przywiózł żonę na zakupy:

 Zatrzymując się często na obowiązkowe chłodzenie doturlalisny się do ostatniego dzisiejszego odcinka- rozpalonej drogi do Calafatu. Moj termometr pokazał 49C. Istna dolina śmierci.

Dokładając do tego roboty drogowe z wtorójącym im zapachem smoły, zrobiło się nie do wytrzymania. Teoretycznie planowaliśmy obozować gdzies za miastem, ale wizja braku prysznica drugi dzień pod rząd w tym upale trochę nas zmartwiła. Upatrzylismy w Calafacie zacienioną restaurację z wifi, znaleźliśmy hotel i od dwóch godzin leżę pod klimatyzatorem martwiąc się tylko o to czy nie zabraknie zimnej wody w kranie 🙂

 

Powiązane posty