Dzień 7: Corabia-Zimnicea, 87km

by hajski
0 comment

Skoro juz muszę sprawdzać na blogu skąd dzisiaj ruszaliśmy, to znaczy ze nastąpił pełen restart systemu 🙂

A dzień mielismy relaksacyjny- wylegiwalismy się do 13tej patrząc na leniwie płynący Dunaj i kontenerowy posterunek straży granicznej. 
Przy okazji obejrzeliśmy tez powtórkę wczorajszego meczu. Utwierdzilismy sie w przekonaniu, ze to nie nasze przegrzane mózgi zafundowały nam jakieś halucynacje- i po raz drugi wysłuchaliśmy jak spiker powtarza “pierdut”.
Potem przenieślismy sie na ocienioną werandę jednej z nielicznych restauracji w Corabii, by tam doczekać znośnej temperatury. Tu spotkaliśmy austriackich emerytów sakwiarzy i samotną Niemkę- wszyscy jadą do morza i mijaliśmy ich juz wczoraj. Niemka wydaje sie lekko zakręcona, ale nic dziwnego jesli jeździ pare miesięcy sama i śpi w namiocie w szczerym polu. 
Toteż wyjechaliśmy dzisiaj o 16:40 🙂 i to był świetny pomysł, upał nas nie wykończył i chwilę po 21 dotarliśmy do dzisiejszego celu. Mielismy w planie takie dni z mniejszym kilometrazem, po 6 dniach czas na chwilę oddechu.
Widoki dzisiaj były jak na stepie- płasko i dużo trawy.
Po drodze mijaliśmy karawany obladowanych sianem konnych wozów, stada kóz, owiec, osłów i gęsi. Koza prawie zjadła nam flagę!


Naszym przejazdom przez wsie towarzyszyły nieustanne krzyki, machanie i przybijanie piątek. Gdy temperatura spada, życie nabiera barw – wszyscy wychodzą przed domy, przesiadują na ławkach, dzieciaki bawią się przy drodze. Słychać dużo skocznej muzyki. Kiedy zapytaliśmy ekipę spod sklepu o drogę po tym jak trochę się zgubiliśmy, trafił nam się nawet pilot 🙂
I tak w szybkim tempie i z górki wjjechaliśmy do Zimnicei. Glówną atrakcją miasta jest gigantyczny prom, mogący pomieścić 40tirow. Pływa do i z Bulgarskiego Svishtowa co trzy godziny i podobno skraca drogę do Turcji o kilkaset kilometrów.
Anegdotką wieczoru pozostanie konwersacja chłopaków ze sklepową w Zimnicei. Ogólnie Rumuni nie mówią po angielsku, ale próbują wszystkich języków nowożytnych. W hotelu kelner próbował po francusku, ale tylko trochę mówił, a juz nie rozumiał wcale. Z aptekarką rozmawialiśmy po angielsku, ona odpowiadała po francusku z wyrętami niemieckimi. Dzieci krzyczą do nas po włosku. A pani sklepowa zapytała chłopaków czy hablas espaniol. Jacek trochę mówi, Piotrek tez sie kiedyś uczył wiec były szanse na porozumienie. Kiedy zapytali panią skąd zna hiszpański, odpowiedz była dość zaskakująca: Telenovelos!
Ciekawe po jakiemu dogadamy sie jutro? Na dwa dni wjeżdżamy do Bułgarii obejrzeć tamtejsze wiejskie sielskie życie.

Powiązane posty