GreenVelo etap 1: Elbląg – Korsze, 220km

by Gosia
0 comment

W tym roku trochę później zaczęliśmy nasze weekendowe rowerowe wypady. Pogoda nie rozpieszczała, ciężko było zgrać kalendarze. Wreszcie z końcem maja udało się wystartować – z radością w sercach, podekscytowani nową przygodą spotkaliśmy się na pokładzie Pendolina w kierunku Gdyni. Jak zawsze nie obyło się bez trudności przy kupnie biletów (tym razem Krzyś wyżebrał cztery rowerowe), a czasu na przesiadkę w Iławie mieliśmy wyjątkowo mało. W Warsie wypiliśmy zwyczajowe piwko, obejrzeliśmy nowe mapy i dokonaliśmy wyjątkowo sprawnego desantu na peron. Poszło gładko – przesiadka nie wymagała niczego poza odwróceniem się o 180 stopni. I już po dwudziestu minutach zameldowaliśmy się w Elblągu, skąd startuje GreenVelo.

Koncepcji nie trzeba chyba przedstawiać – to pierwszy w Polsce długodystansowy oznakowany szlak, otwarty w 2015 roku. Biegnie z Elbląga przez Suwałki i Augustów do Białegostoku, by stamtąd wschodnią ścianą Polski dojechać do Przemyśla, z zawrotką do Sandomierza. W zamyśle trasa przeznaczona jest dla sakwiarzy, po drodze można odpocząć w specjalnych MORach (Miejsca Obsługi Rowerzystów) i przenocować w miejscach przyjaznych rowerzystom. Bajka!

więcej takich przedziałów!

Elbląg

Tymczasem Elbląg. Byliście kiedyś? To miasto o największej powierzchni w Polsce! Urocza starówka z bardzo spójnie odbudowanymi czy też wybudowanymi kamienicami. Wzdłuż szerokich ulic podziwiać można ciekawe formy – to współczesne (no w miarę, bo z lat 60-tych) rzeźby które powstały tu z okazji  biennale sztuk przestrzennych goszczącego w Elblągu w latach 1965-1973.

Oprócz tego Elbląg to kanały, port, dużo zieleni a dla nas – początek Greenvelo pod wieżą. Nie znaleźliśmy tam żadnego znaku, ale nie po to mam po 3 różne mapy na każde województwo, żeby się gubić. DLatego zresztą zdecydowaliśmy się jechać GV – bo po jeździe z włączonymi non stops googlemapsami wzdłuż Wisły chcieliśmy jak paniska wskoczyć na oznakowaną trasę i myśleć tylko o przyjemnościach 🙂
Szlak przez Elbląg jest trochę pogmatwany – wielokrotnie przejeżdżamy przez tę samą czteropasmówkę, wjeżdżamy pokrążyć po parku gdzie trafiamy na schody, wreszcie udaje nam się wydostać by zaraz po chwili wjechać w kamienistą drogę leśną. Ależ tam były podjazdy! Pedałowaliśmy na minimalnych przełożeniach a i tak sakwy stawiały rower dęba, góra-dół-góra-dół po żwirze. Zaczęliśmy się martwić, bo po 40 kilometrach nie tylko na dobre nie wyjechaliśmy z Elbląga, ale też porządnie się zmęczyliśmy, a była dopiero pora drugiego śniadania. W myślach pochłanialiśmy już chrupiące gofry zakopani w złotym piasku. Po wydostaniu się z lasu, przez który prowadziła ścieżka wysypana tłuczniem z podkładów kolejowych dokonaliśmy pierwszej korekty trasy, byle tylko szybciej znaleźć się nad Zalewem Wiślanym, na plaży. I wjechaliśmy na tereny skażone! Nigdzie później nie było tablicy odwołującej skażenie. Ofiar nie odnotowano. Wzdłuż zalewu prowadzi bardzo sympatyczny odcinek GreenVelo. Znajome jumby zostały przez środek wyłożone płytami betonowymi, co umożliwia w miarę wygodną jazdę w rządku, bez wstrząsów. Za to w Tolkmicku, mimo że znaleźliśmy kawałek plaży, przed południem nie było żadnego otwartego baru ani knajpki. Głodni pojechaliśmy dalej. I znów droga przez las pozostawiała sporo do życzenia. Byłoby po niej super jechać na dwugodzinną wycieczkę bez obciążenia, ale z sakwami po prostu się zakopywaliśmy a ostre kamienie chrzęściły pod kołami. Za to oznakowanie zdecydowanie zostało przygotowane dość solidnie.

Na obrzeżach Elbląga

Nad Zalewem Wiślanym w Kadynach

GreenVelo wzdłuż Zalewu Wiślanego

Frombork powitał nas widoczną z oddali majestatyczną sylwetką zespołu katedralnego, górującego nad miastem i Zalewem Wiślanym. I o ile zaspokoiło to nasze potrzeby podziwiania pięknej pruskiej architektury, to spuszczę zasłonę milczenia na doznania kulinarne z jakimi przyszło nam się zmierzyć nad kanałem. Zacisnęliśmy zęby myśląc o obiadokolacji czekającej w agroturystyce hen, wśród warmińskich pól, kilkadziesiąt kilometrów przed nami.

Wypatrując porządnych gofrów

Frombork

Szlak GreenVelo zaczął nas coraz bardziej niepokoić – z jednej strony to piękne, że można jeździć wśród kwitnących łąk i falujących zbóż po drogach którymi poruszają się tylko ciągniki, z drugiej jednak – dlaczego nie skorzystać z prowadzących równolegle dróg asfaltowych, o małym natężeniu ruchu? W pewnym momencie zaczęliśmy wyszukiwać alternatywy dla GV bo z góry było wiadomo, że poprowadzi nas kolejnym szutrem lub piachem. Za to nie zbaczaliśmy z głównego kursu i obejrzeliśmy piękny klasztor w Braniewie.

Klasztor w Braniewie

Aż pozazdrościłam siostrzyczkom, że mieszkają w takim pięknym otoczeniu! Za Braniewem czekała nas chwila wytchnienia – tym razem trasa prowadziła na dłuższym odcinku gładkim, nowym asfaltem. Byliśmy tylko my, bociany i pola. Warmia z siodełka rowerowego wydaje się prawie wyludniona.

Nasz znaleziony przypadkiem nocleg wymagał wykrzesania z siebie ostatnich pokładów energii. Posesję trzeba było najpierw zlokalizować na planszy w środku wsi, a potem pokonać szereg wzgórz, by wreszcie zajechać na podwórko. Gospodarz już na nas czekał. Pan Aleksander wypytał o porę podania posiłku. Byliśmy jedynymi gośćmi, wykąpaliśmy się ekspresowo i już po kwadransie zasiedliśmy do stołu. Ależ to była uczta! Jedzenie dosłownie znikało, rozdzielaliśmy sobie dolewki zupy, a barter kaszowo-mięsno-surówkowy działam nad wyraz sprawnie; nasz zgodny kooperatyw również w trakcie posiłku współpracował wzorowo. Padliśmy spać przed 22-gą czym zadziwiliśmy gospodynię, która wróciła w nocy do domu licząc na spotkanie z grillującymi lub imprezującymi gośćmi.

Przy okazji – gorąco polecamy noclegi w siedlisku Wielebowo, obok Górowa Iławeckiego!

Gotowi do drogi

Niedziela od rana zachwyciła nas pogodą. Tak niebieskiego nieba przez dwa dni pod rząd nie było już dawno. We znaki dawała się jak zawsze za mocna rowerowa opalenizna. Zjedliśmy gigantyczną jajecznicę, poprawiliśmy kanapkami z dżemem i pogawędziliśmy przy kawie z naszymi gospodarzami. Podziwialiśmy ich odrestaurowany dom i żałowaliśmy, że nie możemy tu zostać na cały dzień. Ale czas naglił i już chwilę po ósmej (uwierzycie? wstaliśmy przed siódmą!) niepewnie ułożyliśmy nasze obolałe ciała na siodełkach. Naszym pierwszym przystankiem tego dnia miał być Lidzbark Warmiński, stolica regionu. Bez problemu trafiliśmy pod Zamek Biskupów Warmińskich. Pięknie odnowiony mieści teraz muzeum i czterogwiazdkowy hotel. Nie wypadało w tak uroczym otoczeniu nie przysiąść na kawę i lody.

w Lidzbarku Warmińskim

Lody na zamku, w tle – Muzeum

Z Lidzbarka kierowaliśmy się w stronę Bartoszyc. Wiedzieliśmy, że przy pomyślnych wiatrach zdążymy tu zjeść obiad i dojechać na pociąg do Korszy. Warmia i wschód nie obfitują w popołudniowo-wieczorne połączenia do Warszawy. Inny zabór, nie ma tyle torów. Ścieżka z Lidzbarka po nieistniejącym już wiadukcie była trudna do znalezienia, ale warta zachodu. W cieniu drzew, wzdłuż stawów spokojnie przemieszczaliśmy się na wschód. Dopiero przed Bartoszycami nawierzchnia nas zmęczyła i wskoczyliśmy na asfalt. W polecanej przez TripAdvisor knajpce u Św. Mikołaja zjedliśmy pyszny obiad i nie mogliśmy uwierzyć jak mało nas kosztował.
Do Korszy uformowaliśmy zwarty peleton i pedałując rytmicznie, na całe gardło śpiewając ‘lato wszędzie’, w lepkim upale i kurzu dotarliśmy na dworzec w Korszach pół godziny przed odjazdem pociągu.

Uwaga, refleksja! Z wiekiem człowiek nabiera pewnego doświadczenia, krzepnie. Nie straszne mu już ‘nie wejdziecie z tymi rowerami’ wykrzyczane przez zadziornego konduktora, który pilnuje, żeby za wszelką cenę nie przekroczyć planowego jedno-minutowego postoju na stacji. ‘Co mnie obchodzi że macie bilety’ też nie zrobiło na nas specjalnego wrażenia. Z dużą wprawą zapakowaliśmy nasze rowery i manatki na koniec ostatniego wagonu. Tradycyjnie, jak to w ‘nieprzystosowanym’ TLK dwa rowery jechały z Jackiem  w kibelku, dwa przy drzwiach. Z sakw uformowaliśmy wygodny kopczyk, o który można było się oprzeć. Świat umykał za zamkniętymi drzwiami, współpasażerowie ze zrezygnowaniem odkrywali, że toaleta jednak jest nie do użytku. Po takich doznaniach IC z Olsztyna ze swoimi sześcioma miejscami rowerowymi było jak czterogwiazdkowy hotel. Z zainteresowaniem obserwowaliśmy i aktywnie wspieraliśmy kolejnych dosiadających się rowerzystów. W pewnym momencie na 6 miejscach jechało 16 rowerów. Pewne rzeczy pozostają niezmienne i bardzo mnie ciekawi, czy kiedyś kupię bilety rowerowe przez internet, a miejsc nie zabraknie dla nikogo. To będzie koniec pewnej ery. Nie wiem, czy chcę żeby nadszedł.

 

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.