GreenVelo etap 2: Korsze – Suwałki, 220km

by Gosia
0 comment

to my!

Początek lipca, Mazury Północne. Spiekota, gorące powietrze falujące nad rozgrzanym asfaltem, senne bociany, wyschnięte mokradła, poszukiwanie lodowatej coca-coli. Rok temu może właśnie tak by to wyglądało. Tym razem przez dwa dni walczyliśmy z wiatrem, a całą niedzielę na fioletowe noski z kasków i daszków kolarskich czapeczek spadały krople deszczu. I tak było super! Tym razem wyruszyliśmy aż w szóstkę, z Marzenką i Andrzejem. Zajęliśmy wszystkie rowerowe wieszaki do Olsztyna i zmusiliśmy do przegrupowania się innych podróżnych przycupniętych na rowerowych miejscach. Nie było to miłe. W Korszach padało i wiało, a podmuchy na drodze do Reszla dosłownie zatrzymywały nas w miejscu. Chowałam się za Krzyśkiem, ćwiczyliśmy jazdę w formacji ‘klucza’ i odliczaliśmy kilometry do Świętej Lipki – najbliższej Korszom miejscowości z noclegami . Już od początku przyznaję się że tym razem zupełnie zjechaliśmy z GreenVelo. Zamiast eksplorować północne rubieże postanowiliśmy przejechać przez Królestwo Wielkich Jezior, zobaczyć jak nasze ulubione przystanie wyglądają z perspektywy lądu i zwiedzić jeszcze raz Wilczy Szaniec. Tuż za Reszlem wjechaliśmy na teren Mazur, o czym poinformował nas przydrożny znak. W uroczej agroturystyce, w pewnym oddaleniu od czekających na pielgrzymów zajazdów czekał na nas pan Bogdan i długo dyskutowany przez telefon gorący posiłek – bigos z młodej kapusty. Wielki garnek tylko na początku sprawiał wrażenie nie mieć dna, ale już po chwili okazało się, że drugiej dokładki nie będzie 🙂 Na parterze domu właściciele prowadzą mały sklepik spożywczy, toteż mimo późnej pory raczyliśmy się lokalnymi warmińskimi piwami, a rano wykupiliśmy wszystkie jogurty i drożdżówki. [DrewnikTravel poleca: www.swietolipka.pl]

piwko i bigos u Pana Bogdana

Bardzo zdyscyplinowani przed dziewiątą byliśmy już spakowani i gotowi do startu. Podjechaliśmy jeszcze zobaczyć sanktuarium i od razu na wstępie zebraliśmy ochrzan od księdza zbulwersowanego tym, że wprowadziliśmy rowery na dziedziniec.

Tym razem droga prowadziła na wschód, a z tyłu pchał nas lekko acz ciągle zachodni wiatr, co bardzo nas uspokoiło po walce poprzedniego wieczora. Mknęliśmy między polami pełnymi rzepaku i owsa, ruch o tej porze był niewielki, a widmo deszczu oddaliło się co najmniej do popołudnia. Zatrzymaliśmy się w Kętrzynie, zaskoczeni widokiem pruskiej ewangelickiej (teraz już katolickiej) katedry i zamku. Zachęceni przez miłego kustosza, który zaoferował opiekę nad naszymi rowerami wspięliśmy się na katedralną wieżę by stamtąd obejrzeć Kętrzyn i okolice. Pruska zabudowa kolejny raz wydała nam się bardzo klimatyczna. Zajrzeliśmy też na chwilę na dziedziniec zamkowy i zrobiliśmy obowiązkowe zdjęcia z użyciem przygotowanych tam rekwizytów.

panorama Kętrzyna

męskie zabawy

uczta na dziedzińcu

Z wieży nie było widać naszego kolejnego przystanku – zresztą o dokładne zamaskowanie w lesie chodziło budowniczym Wilczego Szańca. Już kilka kilometrów przed kwaterą Hitlera do zwiedzania okolicznych bunkrów zachęcają bilboardy – można wypożyczyć quad, samochód z okresu wojny, ‘zaliczyć’ w pakiecie bunkry w Mamerkach, pograć w paintball – militarnych atrakcji jest w okolicy mnóstwo. Na terenie Wilczego Szańca rowerzyści parkują za darmo, musieliśmy kupić bilety wstępu (23zł/osoba), a zamiast wynajmu przewodnika zakupiliśmy małą książeczkę z mapą i sami zrobiliśmy sobie edukacyjną wycieczkę. Nie będę się rozpisywać o Gierłoży – byłam tu już trzeci raz, bardzo polecam jako niezapomnianą lekcję historii, spacer po lesie i chwilę zadumy.

tym razem były bunkry!

Bardzo przyjemna, mało popularna wśród kierowców droga asfaltowa prowadzi z Gierłoży do Sztynortu. Przeciska się między jeziorami Dargin i Mamry, pozwalając z góry obejrzeć nasze ulubione żeglarskie miejscówki. Posililiśmy się pysznymi rybami w smażalni ‘Córka Rybaka’ i zatrzymaliśmy na chwilę w Sztynorcie. Wyjątkowo niewiele łódek kołysało się przy zwykle przepełnionych pomostach, na jeziorach też wypatrzyliśmy parę żagielków. Ciekawe czy to wczorajszy deszcz i wichura odstraszyły wakacyjnych żeglarzy?

Sztynort z innej strony niż zwykle

Kierowaliśmy się wciąż równolegle do GreenVelo, na wschód, omijając brzydkie i tłoczne Węgorzewo od południa. Przeliczyliśmy się jednak oczekując spokojnych wiejskich dróg – w sobotę wokół Gołdapi ścigali się kierowcy w Rajdzie Polski. Setki samochodów – tych rajdowych, przejeżdżających na kolejny odcinek wyścigu i kibiców, którzy wyobrażali sobie że są na rajdzie, wyprzedzały nas na wąskiej wiejskiej drodze, którą celowo chcieliśmy ominąć z założenia bardziej ruchliwą powiatową sześćsetpięćdziesiątkę. Nadłożyliśmy kilka kilometrów i odbiliśmy w pierwszym możliwym miejscu oddzielającym nas od tej niespodziewanej kawalkady. Droga 650 okazała się wyjątkowo spokojna, i chociaż jeszcze raz próbowaliśmy z niej uciec przed Gołdapią, to znowu plany pokrzyżował nam rajd. Objazd był zablokowany a młodzi pracownicy straży granicznej nie pozwolili nam jechać dalej tłumacząc, że kilka kilometrów przed nami rozgrywa się wyścig na odcinku specjalnym.

W Gołdapi zatrzymaliśmy się na ostatnie zakupy i już po kilku kilometrach podążając za znakiem wskazującym drogę do gospodarstwa agroturystycznego ‘Trzy Świerki’ skręciliśmy w głęboki las. Malownicza ścieżka doprowadziła nas do wsi Galwiecie a bardzo urokliwy dom stał w otoczeniu świerków. Obiad już skwierczał na grillu. Właścicielka, pani Sława, okazała się niezwykłą gospodynią. [DrewnikTravel poleca: http://www.trzyswierki.dt.pl]
Na ścianach podziwialiśmy nagrody dla kobiety przedsiębiorczej, najlepszej agroturystyki w regionie, najlepszych wyrobów mlecznych i wiele, wiele innych. Zostaliśmy ugoszczeni regionalnymi potrawami a na koniec kieliszkiem pieruńsko mocnej nalewki. Podstępem zdobyliśmy też cały sękacz, kusząco prezentujący się na kredensie w rogu pokoju. Udało się go zjeść legalnie, ale mieliśmy na podorędziu kilka sposobów na choćby nadgryzienie go od tyłu, bez ubytku na froncie.

chleb litewski pod litewską granicą

obiekt westchnień – sękacz pani Sławy

W niedzielę od rana padało, ale nie mieliśmy za wiele opcji na przedłużenie pobytu w Trzech Świerkach. Zawinęliśmy się we wszystkie kurtki, ochraniacze i spodnie przeciwdeszczowe które mieliśmy i przez kałuże popedałowaliśmy na wschód. Wróciliśmy na szlak GreenVelo co okazało się znamienne, ale nie zbawienne, i mocno wpłynęło na jakość podróży do końca dnia. Na północno-wschodnim krańcu polski rowerzyści kierować się mogą kilkoma wariantami tras rowerowych. Ja, z powodu bólu kolana postanowiłam skrócić trochę trasę, skręcając do Stańczyk obejrzeć wiadukty kolejowe i szlakiem bocianich gniazd dojechać nad jezioro Hańcza. Reszta ekipy dokładając jakieś 15 kilometrów pojechała na trójstyk granic (polskiej, litewskiej i kaliningradzkiej) a potem GreenVelo prosto na południe miała spotkać się ze mną w jakiejś miłej knajpce nad jeziorem.

Stańczyki – mosty kolejowe kończą w tym roku 100 lat!

Jechałam więc sama, samiuteńka, błotnistą drogą wśród pól i łąk, w otoczeniu pagórków, zagajników, zatapiając się w kałużach, brodząc w zalanych koleinach, pchając piszczący od piachu i wody rower pod górę i ostrożnie ześlizgując się w dół. Dookoła nie było nikogo i niczego, i tylko samotne tabliczki bocianiego szlaku, a potem greenvelo sprawiły, że nie zawróciłam.
Bonus: widziałam najprawdziwsze żurawie, dostojnie kroczące kilkadziesiąt metrów ode mnie. Krzyczały!

żurawie!

Kiedy w końcu spotkaliśmy się we wsi nad jeziorem Hańcza, w jedynym czynnym barze (po ponad trzech godzinach, z dużym opóźnieniem) wszyscy byliśmy równo utaplani w błocie i równie emocjonalnie wyrażaliśmy nasz stosunek do idei prowadzenia tras rowerowych po błotnistych, polnych dróżkach, gdzie rowery stają dęba na podjazdach, błoto zatyka napęd, a najbliższy asfalt którym można ominąć te ‘atrakcje’ jest co najmniej 10 kilometrów dalej. Urocza knajpka nad jeziorem była tak naprawdę dość skromnym barkiem, jedynym w okolicy, gdzie serwowano tylko herbatę, bo ‘sezon zaczyna się jutro’. Kiedy dotarłam tam sina z zimna i zapowiedziałam, że będzie jeszcze 5 rowerzystów, Pani zaproponowała że zagotuje nam garnek domowej fasolki po bretońsku. Uratowała tym samym ostatni etap wyprawy. Fasolka parowała, my dzieliliśmy się doświadczeniami jakbyśmy nie widzieli się co najmniej tydzień i czujnie patrzyliśmy na zegarki. Priorytet – nie jechać już GreenVelo, bo możemy nie zdążyć na pociąg. Do Suwałk dotarliśmy przed czasem i korzystając z wolnej chwili umyliśmy elegancko nasze rowery i sakwy, żeby nie było wstydu w pociągu.
Tym razem trafiło nam się starodawne TLK z fantastycznym wagonem rowerowym, z wygodnymi uchwytami na ponad dwadzieścia jednośladów i przedziałami bez ścian, żeby spokojnie na nie zerkać.
Pendolino się nie umywa.

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.