Gruzja, dzień 1. Czas zwolnił.

by hajski
0 comment

Świtało. (Ależ chciałam wreszcie móc zaczać wpis od tego słowa!) Dwie godziny wcześniej wylądowaliśmy w Tbilisi. Po trzygodzinnym nocnym nieprzespanym locie, gdzie chyba tylko stewardessy i piloci byli trzeźwi, po intensywnym tygodniu spędzonym pracy na zmianę z przygotowaniami do wyprawy.  

 

Nasze rowery majestatycznie wyjechały na taśmę bagażową jako pierwsze. O 4 rano ekspresowo kupiłam gruzińską kartę SIM z 4GB internetu. I próbowaliśmy utrzymać tempo rezygnując z czekania na pierwszy poranny autobus który przez godzinę jedzie z lotniska na dworzec. Po krótkich pertraktacjach załadowaliśmy się z naszymi pakunkami do busa. Nie było po co się spieszyć. Dworzec kolejowy jest zamknięty do szóstej. Dołączyliśmy więc do grupki koczujących w okolicach drzwi i patrząc na wzgórza wokół Tbilisi oddaliśmy się niemyśleniu. O szóstej dworzec został otwarty, ale kasy- nie. Kolejna godzina czekania. A potem jeszcze dwie do odjazdu pociągu. W międzyczasie wypiliśmy kawę u pani, która prowadzi mały stragan na murku przy placyku z którego odjeżdżają marszrutki.   

 Piotrek popisowym rosyjskim prawie zorganizował nam transport marszrutką. Prawie- jeden rower już był upchnięty w fordzie transicie, ale kiedy kierowca z kilkoma pasażerami próbowali dopchnąc kolejne dwa, jasne było że się nie zmiescimy. Za to ich zaangażowanie i troska były potężne, tym bardziej zważywszy na przedświtową porę.  

 Pogadaliśmy z dwoma bagażowymi, spędzającymi czas na nic nierobieniu, czekając z zardzewiałymi wózkami od 5 rano pod zamkniętym dworcem. Ucięliśmy kilka pogawędek z taksówkarzami, którzy proponowali przeróżne rozwiązania na transport kartonów z rowerami do Batumi. Włącznie z opcją: na dachu osobowego Opla. Nikomu się nigdzie nie spieszyło. 

Na peronie starsze panie obwieszone chrupkami, obwarzankami i innymi słodyczami, nawoływały do zakupów. W rękach trzymały tace, a na nich w woreczkach ciepłe chaczapuri, czyli gruziński chlebek z dodatkiem sera.

Pociąg wprawił nas w osłupienie. Klimatyzacja, wifi, ekrany wyświetlające szybkość, pozycję na mapie, odległość do następnej stacji, do tego 2 telewizory… Mnóstwo miejsca i troskliwa obsługa, która pilnowała nawet czy pasażerowie drugiej i pierwszej klasy nie korzystają z tej samej toalety. Prędkość pociągu oscyluje wokół 80km/h, stacji po drodze dużo, toteż pokonanie 340km do Batumi zajęło nam ponad 5h. O widokach nie piszę, dość powiedzieć że nie było chwili bez widoku gór. Pół godziny przed Batumi widok zmienił się na taki, a nam zaświeciły się oczy: 

 

Na supernowoczesnej stacji ze szkła i metalu, przezroczystej, żeby nawet wysiadając widzieć morze, otoczyła nas grupka taksówkarzy-naganiaczy. Mimo, że od naszego noclegu dzieliło nas tylko 5km, a nasze bagaże nie dawały szans na szybki załadunek i tak byliśmy łakomym kąskiem. Była 14:00, nie spaliśmy od rana poprzedniego dnia i najbardziej zależalo nam na jak najszybszym dotarciu do mieszkania. Porzuciliśmy nadzieje na busa i zadowolilismy się kozackim rozwiązaniem.  

 

Kierowca jechał wyjątkowo ostrożnie i cały czas na awaryjnych światłach, trąbiąc sobie co jakiś czas, a my przez okno trzymalismy kartony na zakrętach. Na miejscu czekała na nas właścicielka i z lekkim niepokojem oznajmiła: czwarte piętro bez windy. Crossfity się przydały 🙂

Mieszkanie z airbnb jest wielkie i stare, otoczone tarasem z widokiem na płac europejski i wieżę zegarową, do morza mamy 3 minuty. Zamiast od razu iść na plażę i tam zacząć odsypianie podróży,  zaczęliśmy skręcać rowery. Przeczucie? Może! Ale o tym napiszę w kolejnej notce…

  

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.