Gruzja, dzień 13: powrót do Sighnaghi

by Gosia
0 comment

Cóż to był za poranek. Właściciele, a może gospodarze Villa Donkey mają gest. Dzień zaczęliśmy od obejścia gospodarstwa. Zajrzeliśmy do jednej z czterech kwevri (każda na 1000 litrów wina), które trzeba teraz dwa razy dziennie mieszać. Cały proces fermentacji dopiero się zaczyna i na wierzchu soku unosi się skorupa ze skórek, pestek a nawet gałązek. Jeszcze na czczo dostaliśmy do spróbowania trochę fermentującego białego i czerwonego wina. I kiedy my oglądaliśmy sprzęt do butelkowania i etykietowania, jeden z tutejszych panów rozpalił winogronowe patyczki na grillu. Okazało się że na śniadanie mamy świeżo upieczone ryby. 

kwevri ze świeżym sokiem


poranna degustacja


grill o 9 rano

śniadanie

  Oprócz tego na stole wylądowały szaszłyki wieprzowe, pieczony kurczak, naleśniki z mięsem mielonym i omlet z 6 jaj. To wszystko o 9 rano! Bez żalu zrezygnowałam z owsianki 😉 Pan gospodarz wyraził troskę że tak mało jemy i zaproponował że zapakuje nam to całe jedzenie na drogę… Poprosiliśmy tylko o trochę wina. Bariera językowa, a może tutejsza gościnność zaowocowały tym, że dostaliśmy… pięciolitrowy baniak!  

śniadanie

takie cargo

Czacza pita do śniadania miała mocno ponad standardowe 40% i zamiast wsiadać na rowery poszliśmy się położyć. Otoczenie bardzo do tego zachęcało- ławeczki, altanki, piękny, zadbany ogród. Bardzo nie mieliśmy ochoty stąd wyjeżdżać! Tym ciężej, że z dodatkowym obciążeniem. 

villa donkey

Nie ujechaliśmy za daleko, bo już po dwustu metrach jakaś wesoła brygada pijący na pieńku pod drzewem zawołała nas do siebie. Tylko mój zdrowy rozsądek uchronił nas przed kolejną bombą tego ranka. Ale może warto było usiąść pod drzewem, bo od kiedy ruszyliśmy- padało. Niby nie było tak źle, bo ciepło, ponad 20C, ale przemokliśmy na wylot. Winnice w deszczu, natychmiast wezbrały potoki i nawet kierowcy jakby mniej żywiołowi- przestali na nas trąbić. Przecięliśmy dolinę wszerz, zjeżdżając do rzeki Alazani. A potem zaczął się podjazd. Rokowania były kiepskie- przed nami 600metrów w górę, ulewny deszcz i zrobiło się chłodno. Poszliśmy za głosem rozumu- zapakowaliśmy się do Wołgi, technicznie- my do Wołgi a rowery na Wołgę. I tak oto zakończyliśmy objazd gruzińskiej Toskanii, ale nie zakończyliśmy degustacji tutejszych win- jesteśmy w Sighnaghi u naszych znajomych gospodarzy z licznymi kwevri pod podłogą. Ucieszyli się bardzo na nasz widok. Do herbaty gospodyni poczestowała nas chałwą i domowym kompotem figowym.

 

niezawodna Wołga

    

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.