Gruzja, dzień 14 i 15: Tbilisi… I tak się trudno rozstać

by Gosia
0 comment

Właściwie podsumowanie dwóch ostatnich dni należałoby zacząć dzień wcześniej, a raczej wieczór wcześniej. Do późnych godzin nocnych zasiedzieliśmy się w przytulnym salonie w znanym nam już domu w Sighnaghi. Tym razem dosiadł się do nas Giorgi i toast za toastem otworzył przed nami swoją duszę. A jego toasty były przepiękne. Pojawił się w nich nawet prezydent Kaczyński (przy okazji przyjaźni między narodami). Mnie najbardziej przypadł do gustu ten za kobiety, kiedy Giorgi najpierw szczegółowo opisał co kolejne pory roku przynoszą Kachetii. A potem podsumował, że każda kobieta jest jak pora roku- jedne zimne i oschłe, inne wiecznie radosne i gorące, i tak dalej… Poczęstował nas też swoim winem, które smakowało zupełnie inaczej od tych, które degustowaliśmy wcześniej. Giorgi ma 26 lat i jest najmłodszym z 3 synów. Pomaga w prowadzeniu pensjonatu i wozi turystów na wycieczki. Mama ma nadzieję że znajdzie sobie żonę która razem z nim przejmie biznes. Mają ponad 40 miejsc noclegowych i gospodyni jest cały dzień na nogach, mimo licznych zatrudnionych pań- pomagających w kuchni, sprzątających, zmieniających pościel. Giorgi ma zadatki na świetnego gospodarza i trzymamy za niego kciuki. Przy drugiej butelce czaczy toast wzniósł również Piotrek i zrobił to tak profesjonalnie, że Giorgi był w szoku. To był zdecydowanie jeden z najprzyjemniejszych wieczorów w Gruzji. “Usłyszałam jakiś hałas i wyjrzalam na korytarz”- powiedziała nam przy śniadaniu poznana noc wcześniej Niemka. “Giorgi prowadził Jacka do łóżka. Czyli Polacy skończyli drugą butelkę-pomyślałam”.  

Giorgi wznosi toast

Spaliśmy jak zabici, a od rana lało… Dawid Garedżę- wykuty w skale klasztor na pustyni- postanowiliśmy zwiedzić samochodem. Żal nam było takiej fajnej drogi rowerowej- tym bardziej że jej jakość była bardziej na rower niż na japońskiego vana którym jechaliśmy. Kierowca marudził i pod nosem narzekał na nissana, do tego coś było nie tak z łożyskiem, a żeby przełączyć na gaz trzeba było zgasić silnik. Nissan jak każde tutejsze auto prosto z Japonii miał kierownicę z prawej i pomagaliśmy przy wyprzedzaniu.  

rowery na dachu nissana

Dawid Garedżę polecamy, mimo kilkudziesięciu kilometrów po wertepach. Jest jak z innej planety. Po żyznej, zielonej Kachetii nagle trafiliśmy na stepy. Klasztor jest częściowo wykuty w skale na granicy z Azerbejdżanem. Mimo napiętej sytuacji wokół tego mało atrakcyjnego ekonomicznie spłachetka ziemi, nie spotkaliśmy żadnych pograniczników.  

Dawid Garedża

  

W skale mieszkają mnisi

  

pustynne klimaty

 Stamtąd naszym prywatnym minivanem z kierowcą dojechaliśmy do Tbilisi, a konkretnie do naszego hostelu. Tutaj były małe perturbacje, bo mały pokój który rezerwowałam okazał się zajęty i umieszczono nas w wieloosobówce z Rosjaninem. Alternatywą była inna wieloosobówka z trzema Rosjankami. To na pewno kiepski wystrój łazienki przesądził o zmianie miejscówki. Najbliżej, bo za rogiem był Marriott. I tak znów kończymy wyprawę rowerową pławiąc się w luksusie. Dzień zakończyliśmy spacerem po części starówki i kolacją w bardzo ciekawej restauracji. W witrynie zajmującej całą ścianę leżało mnóstwo rogów do picia wina i dziwne łyżki. Jak wytłumaczył nam właściciel, który podszedł do stolika i chwilę z nami porozmawiał- te łyżki to ananchuri- historycznie służące tak jak rogi- do picia wina. Dostał kiedyś jedną z nich od przyjaciela, zaczął je kolekcjonować aż wreszcie na ich cześć tak samo nazwał restaurację. Pokazał nam też album, wydany przez jego firmę, ilustrujący wszystkie regionalne stroje i biżuterię gruzińską. 

rogi i łyżki do wina

W sobotę czekała na nas ważna misja- przywiezienia kartonów i zapakowanie rowerów. Nasz mariotowy concierge potwierdził że kartony są w sklepie który namierzyłam wcześniej przez internet. Pojechaliśmy taksówką. Taksówkarzowi udzieliło się poczucie misji i za punkt honoru przyjął sobie umocowanie pudeł na dachu. A miał do dyspozycji tylko taśmę klejącą. Wiatr wiał, pudła się zsuwały, a my dzielnie trzymaliśmy je rękoma wystawionymi przez okna. I tak zajechaliśmy pod najdroższy hotel w kraju, gdzie wskazano nam parking na zapleczu. Tam rozkręciliśmy i zapakowaliśmy rowery i już po 13tej można było ruszać na zwiedzanie. 

wszystko się da

  

kogut się urwał ale misja wykonana

Tbilisi- bez szału ale i bez rozczarowania. Plasuje się gdzieś między Budapesztem a Bukaresztem, bliżej tego drugiego. Starówka jest tylko częściowo odrestaurowana, a i to tylko od frontu- w podwórkach straszy beton i ogólna rozsypka. Ażurowe balkoniki nadają uliczkom klimat kolonialny. Całość jest dosyć barwna, ale też mocno przykurzona i przybrudzona. Za to ni stąd ni zowąd między niskimi domami wyrastają przycupnięte cerkwie, kościoły i synagogi. Na uliczkach wystawia się mnóstwo ciucholandów, sklepików z gruzińskiej słodyczami, a w co drugiej bramie stoją skrzynki z warzywami na sprzedaż. Jeden wielki miks. Rzekę Kurę przecina kilka mostów w stylu trasy Łazienkowskiej i jeden pieszy- most pokoju, ze szkła i metalu. Nie pasuje co prawda do niczego wokół, ale przykuwa uwagę i jest pięknie podświetlony w nocy. Na wzgórzach nad miastem górują: druga po moskiewskiej największa cerkiew w Europie, pomnik Matki Gruzji, pałac prezydencki, wieża telewizyjna i ruiny twierdzy. Do dwóch ostatnich można dojechać kolejką linową. Ciekawe to zamiłowanie Gruzinów do kolei linowych i diabelskich młynów.  Wszystkie ulice poza kilkoma deptakami na starówce są maksymalnie zapchane przez samochody: parkujące na chodnikach i pędzące w amoku przed siebie, z mnóstwem trąbienia i emisją spalin zdecydowanie poza wszelkimi normami. Pokonanie przejścia dla pieszych dostarczyło mi więcej adrenaliny niż zjazd z Sighnaghi w dolinę. Wycieczkę zaczęliśmy od bazaru Suchy Most, licząc że kupimy ruską torbę w kratę żeby w niej nadać część bagażu. Nic z tego. Za to obejrzeliśmy mnóstwo obrazów, swaneckich czapeczek i wszelkiego dobra jakie z chodnika można kupić na Wolumenie czy pod halą Mirowską. Dodatkowo tutaj asortyment rozszerzony jest obradzieckie mundury, ordery i plakaty propagandowe ze Stalinem. Potem meandrując przez rozkopane chodniki i między samochodami dotarliśmy do właściwej starówki. Wysyp ślubów! Mijaliśmy wielu nowożeńców w trakcie sesji zdjęciowych (fotograf obowiązkowo w dresie), a w kościele Sioni ślub brało 5 par na raz. Oprócz tego kościoła z VI wieku i najważniejszej dla Gruzinów katedry św. Nino (ochrzciła Gruzję w IIIw. jako drugi kraj po Armenii) obejrzeliśmy sobie też park po drugiej stronie rzeki, gdzie akurat trwały targi gruzińskiego sera. Stamtąd kolejką linową wjechaliśmy 100 metrów wyżej, popatrzeć na panoramę Tbilisi. Ładnie! 

pchli targ Suchy Most

  

wieża zegarowa

  

Most Pokoju

  

starówka

  

5 ślubów naraz!

    

Tbilisi z góry

  

starówka od podwórza

 

Przed nami jeszcze ostatnie pakowanie i jakaś masakrycznie podróż- taksówka o 2:30, ważenie i zapewne przepakowywanie kartonów i sakw na lotnisku i wreszcie lot o 5 rano. Biorąc pod uwagę przyjaźń polsko-gruzińską powinni nas jakoś przyjemniej ulokować w rozkładzie.

Żal wracać i żadne podsumowanie nie odda tego co tu przeżyliśmy. Przygód i wrażeń wystarczyłoby na kilka urlopów. W życiu nie przypuszczałam, że w takim małym kraju zobaczymy tyle różnorodnych krajobrazów. A przecież nie byliśmy wszędzie! Zdecydowanie chcemy tu wrócić, ale nie tylko dlatego że nie dojechaliśmy do Uszguli. Bo najbardziej w Gruzji urzekli nas Gruzini. Nigdzie dotąd nie spotkaliśmy się z takim ciepłym przyjęciem, gościnnością i troską o to, aby nasze wrażenia były jak najlepsze. Zaczynając od eskortującej nas policji, przez pana pożyczającego pompkę, taksówkarzy stawających na głowie żeby zapakować nasze rowery, wszystkich naszych gospodarzy, monterów anten GSM, panów sprzed stoliczków i pieńków pod drzewami wołających na kolejkę, panią która podbiegła z miską świeżo łuskanych orzechów kiedy przystanęłam podnieść naszą zgubioną butelkę wody z drogi, mechaników od stopki i kierownicy, pana z winnicy który tak bardzo żałował że odjeżdżamy, Giorgija z rodzicami, u których czuliśmy się jak w domu, Mirandę z Mestii, codziennie lepiącą świeże chaczapuri… No po prostu musimy tu wrócić 🙂 

 

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.