Gruzja, dzień 2: Batumi i 25km na start

by Gosia
0 comment

To co napisać o Batumi? Zapytałam chłopaków kiedy po kolacji na plaży  nie zostało już nic do robienia. Baśniowy kocioł chaosu- to zdanie Jacka. A moje – pomieszanie z poplątaniem. Z jednej strony: szklane wieżowce, karuzela wbudowana w nanajwyższy budynek Politechniki Batumskiej, włoska Piazza w iście weneckim stylu, pomnik Medei ze złotym runem, bambusowy gaj, morskie rowery BatuVelo, ścieżki rowerowe po których poruszają się tylko piesi (o ile nie parkują tam samochody) siedmiokilometrowy bulwar pod palmami, wieża alfabetu, na cześć alfabetu gruzińskiego- jedynego takiego na świecie, koloseum, panteon, sheraton z wieżą zegarową, Radisson i Hilton w budowie. Po odniesionych ulicach jeżdżą Porsche i nowe Mercedesy. A z drugiej- wystarczy przejść dwie przecznice na  południe od morza i trafiamy na bazar jak stadion dziesięciolecia, pranie suszące się nad ulicą, bloki rozbudowane przez mieszkańcow o dodatkowe pokoje z blachy falistej, samochody składane z kilku innych, często bez zderzaków i nieutwardzone ulice zraszane przez polewaczki. Spędziliśmy półtora dnia spacerując i jeżdżąc rowerem; podziwiając oba oblicza tego miasta. Zaczęliśmy od przymusowej wyprawy na ulicę Puszkina, jeszcze w sobotę tuż po podróży. Zagłębie sklepików z artykułami montażowymi: można tu znależć wszystko co każdy hydraulik może sobie wymarzyć. Oprócz tego wiertarki, śrubki, wiadra i artykuły malarskie. I jedyne dwa sklepy rowerowe w Batumi. Jacek z nietęgą miną i chwiejnym krokiem prowadził swój rower w którym przestała działać kierownica: zgubił się gdzieś kawałek metalu ze środka sztycy i nie dało się skręcać. Na szczęście w magiczny sposób stary właściciel punktu naprawy rowerów znalazł ten kawałek wewnątrz rurki. Cała akcja ratujące naszą wyprawę potrwała raptem dwie minuty i kosztowała nas uśmiech i kilka żartów. Kolejną godzinę spędziliśmy na myszkowaniu w sklepikach w poszukiwaniu kartusza. Trafiliśmy nawet na bazar z gwoździami i kluczami, a wszyscy bardzo chcieli nam pomoc, tłumacząc gdzie iść. Rozmawialiśmy z przeszło dwudziestoma osobami, ale kartusza nigdzie nie było. Mają tu tylko spore kuchenki zintegrowane z butlą. Zmartwiło mnie to, bo w sakwach wieziemy mały palniczek, turystyczne garnki i nadzieje na gorącą kawę i jajecznicę w czasie biwakowania. No trudno. Zmachani, zgrzani (jest przeszło 30C) i pełni wrażeń wróciliśmy do mieszkania obudzić Piotrka odsypiającego podróż i ruszylismy na krótki rekonesans na plażę. Szok! Nie ma piasku. Nawet nie tyle że piasek jest gruby, albo szary. Nie, tu są tylko i wyłącznie wielkie kamienie. Zamiast ręczniczka do opalania przydaje się karimata. 

Kolację zjedliśmy po gruzińsku- dużo różnych nowych smaków. Wszystko pyszne! Ale nie zapamiętaliśmy prawie żadnej nazwy, poza zupą Charczo, po której się charczy bo jest ostra 🙂 Ten ekstremalnie długi dzień zakończyliśmy patrząc na miasto z naszego tarasu i zastanawiając się czemu oni wszyscy cały czas trąbią.   

           


 Spałam 13 godzin bez przerwy. Obudziłam się jak nowo narodzona 🙂 Od rana ruszyliśmy do miasta. Postanowiliśmy wjechać kolejką linową na pobliskie wzgórze i stamtąd obejrzeć panoramę. Zaczęliśmy od tradycyjnego adżarskiego śniadania, czyli chaczapuri zapiekanego z serem i jajkiem. Porcja była ogromna, w sam raz na intensywny dzień.  

 

-Polska? – zapytał pan pilnujący bezpieczeństwa przy wsiadaniu do wagonika  -Tak!- nie da się ukryć .- Lewandowski. Piat goli, dziewiat minut! Cuda!- wykrzyknął gruziński fan futbolu. A nam zrobiło się bardzo miło.  Widoki ze wzgórza super- całe miasto, port, okoliczne wzgórza i oczywiście Morze Czarne.  

  

O 15 oddaliśmy właścicielce klucze i chciałabym napisać że ruszyliśmy, ale nic z tego. Bo miałam flaka z przodu. Przy zmianie dętki Jacek odkrył, że zgubił rękawiczki. A Piotrek, że gruzińskie butelki z wodą są za małe i musi kupić bidon. Bo nie wymieniliśmy jeszcze wszystkich Euro na Lari. No i zanim to pozałatwialiśmy zrobiła się 17-ta. Za to w sklepie gdzie Piotrek kupował bidon, właściciel okazał się Ukraińcem jeżdżącym w Skandia Team, często ściga się w Polsce i jak tam jeździ to zabiera… kartusz!!!! I akurat ma go w sklepie i nam chętnie odda 🙂 mało w nim co prawda gazu, ale na trochę wystarczy. Taka historia 🙂 

 

 Nadszedł wreszcie czas na przejazd Batumskim bulwarem, obejrzenie wszystkich ciekawych budowli i wyjazd z miasta. Kierujemy się na północ, do Zugdidi a stamtąd do Mestii. Nie ujechaliśmy za daleko, bo momentalnie zrobiło się ciemno, ale udało się zrealizować jedno z naszych małych wyjazdowych marzeń. Śpimy na plaży. Z lewej widać oddalone o 15km wieżowce Batumi, z prawej rano powinny być wzgórza. Morze szumi, świerszcze cykają, jutro poniedziałek a nam w głowie tylko morze, góry i pedałowanie w nieznane. 

 

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.