Gruzja, dzień 3, 90km. Cykadami dźwięczący świt i spotkanie z policją

by Gosia
1 comment

Jak w piosence Filipinek do snu kołysały nas cykady. I szum fal. Może i świt dźwięczał cykadami, ale go przespaliśmy. Pobudkę zarządził Piotrek dopiero w okolicach ósmej rano. Nie trzeba było się nawet gramolić ze śpiwora; noc była tak ciepła, że moglibyśmy spać prosto na piachu. I prosto z piżamy przeskoczyliśmy do morza. Woda była cieplutka, plaża pusta, fal prawie brak. Aż żal było odjeżdżać. 

8 rano w Morzu Czarnym

  

gotowi do odjazdu

  

nasze obozowisko

 Śniadanie zaplanowaliśmy w Kobuleti i niestety pierwszy długi podjazd trzeba było atakować na głodnego. A było ostro pod górę. Przedsmak Kaukazu… Podziwialiśmy widok na morze i tropikalny miks roślinności- palmy i bambusy wyrastały obok swojskich modrzewi. Kobuleti to nadmorska miejscowość zaprojektowana bez takiego rozmachu jak Batumi- nie na tu wieżowców ze szkła i metalu, jest za to długa plaża i deptak. Chaczapuri po Adżarsku smakowało znakomicie, kawa po turecku była słodka jak ulepek, a panowie przy sąsiednim stoliku uznali że najlepsi piłkarze na świecie to Lato i Szarmach. 

W ponad trzydziestostopniowym upale, chłodzeni nadmorskim wiatrem, pomykając drogą krajową numer 2 dojechaliśmy do Poti, największego gruzińskiego miasta portowego. Sama droga na mapie wygląda niezachęcająco, w praktyce jest dość ruchliwa, ale wszyscy wyprzedzający po prostu na nas trąbią (a klaksony mają głośne i melodyjne) i machają. Co kilka kilometrów ustawione są patrole policji. Przypominają nam amerykańskich szeryfów, mają nowe samochody i eleganckie mundury. Po drodze fotografowaliśmy arcyciekawe pomniki stojące pośrodku niczego. Rzymianin na rydwanie, złoty bóg w wieńcu laurowym, “coś”… Rozrzut koncepcyjny był szeroki, wykonanie- na bogato.  

tropikalne klimaty

  

Kobuleti

  

Rzymianin w rydwanie

  

stadion pośrodku pola

  

ktoś pośród fal…

  

dokąd teraz??

 

Na jednej ze stacji benzynowych w Poti Jacek próbował dopompować swój rower, a my pogawędziliśmy z gruzińską policją, która zajechała na stację nową Toyotą Hilux. Wypytali skąd jesteśmy i dokąd jedziemy. Bałam się że zaczną sprawdzać oświetlenie i odblaski, a tu niespodzianka- zapytali czy nie chcemy, żeby nas podwieźli! No nie, zamierzamy dotrzeć do Mestii na rowerach. Mestia? Maładcy! (Zuchy!) Zareagowali jak nasi dzisiejszy wcześniejszy rozmówcy spod sklepu. Niektórzy jeszcze zdejmowali czapki z głów. Zaczynam się bać czy nie nazbyt ambitne zadanie przed nami… Policji podziękowaliśmy i ruszyliśmy dalej.  

taka atrakcyjna podwózka

Za Poti droga skręciła na wschód i ruch się zmniejszył. Tak wygląda tutaj droga krajowa: frywolnie wypasane gęsi, świnie a przede wszystkim krowy wyłażą na drogę i nic sobie nie robią z trąbiących tirów, o rowerzystach nie wspominając. Nawet nas nie uraczyły spojrzeniem spode łba… 

DK nr 2

  

krowy na drodze krajowej

krzak na dachu

Prawdziwe swojskie klimaty czekały na nas po skręcie w “żółtą”, á la wojewódzką drogę. Nie dość, że asfalt leżał tu może 20 lat temu, to jeszcze lawirowaliśmy między dziurami, krowami, bawołami pędzonymi z pastwisk do domu i jeszcze do tego krowimi plackami. Gdyby nie numerek drogi i jasne oznaczenia na mapie możnaby pomyśleć, że jedziemy po pastwisku. 

I w takim zacnym towarzystwie dotarliśmy do Khobi, gdzie planowaliśmy rozbić namiot lub znaleźć jakieś pokoje. Na wjeździe zaintrygowała nas kolejna statua. Skręciliśmy, żeby ją sfotografować. Za nami z drogi zjechało seicento, uporczywie trąbiące tuż za naszymi plecami od kilkuset metrów.  I kiedy robiłam zdjęcie pomnika wysiadł z niego policjant, przedstawił się jako policja Khobi i zapytał dokąd dzisiaj jedziemy. Zgodnie z prawdą oznajmiliśmy że planujemy nocleg w miasteczku. “Pałatka?” “może być!” “Hotel? Bo mamy tu hotel”. “No to pewnie”-wizja prysznica jednak wygrała. “To ja Wam pokażę, jedźcie za mną”. No to pojechaliśmy. Policjant zajechał pod hotel, zagadał z właścicielem i nawet osobiście z nami przeprowadził inspekcję pokoju. Przy okazji tłumaczył z gruzińskiego na rosyjski, bo właściciel kiepsko rozumiał. Potwierdziliśmy, że wymeldowanie o 10 jak najbardziej nam pasuje. Wtedy policjant poprosił o dokument Piotrka, zapisał mój gruziński nr telefonu, dał nam swój i kazał zadzwonić gdybyśmy chcieli się oddalić od budynku hotelu. Wytłumaczył że po sąsiedzku mamy restaurację (streścił nawet menu) i sklep. A jutro jak ruszymy do Zugdidi mamy zadzwonić i dać znać, to policja w Zugdidi będzie na nas czekać. A w ogóle to w zeszłym tygodniu też pomagali Polakom na rowerach.  

“nasz” kapitan policji w Khobi

 Szok po prostu. Bo tu jest bezpiecznie, nic złego się nie dzieje, radzimy sobie bez problemu z naszym łamanym rosyjskim. Mimo to policja dba o dobry wizerunek Gruzji i robi co może żeby turyści byli zadowoleni. Zastanawiam się teraz czy nie wywróciny ich planów do góry nogami jeśli jednak ruszymy przed 10 rano… 🙂 tymczasem pełni wrażeń i wina idziemy wcześnie spać. Aha, jeszcze zdjęcie kasy fiskalnej. Pa pa! 

 

Powiązane posty

1 comment

Pablo 28/09/2015 - 22:42

czad! 🙂 powodzenia 🙂

Reply

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.