Gruzja, dzień 5: 72km pod górę

by Gosia
0 comment

Dzisiaj dowiedziałam się, że można przez dwie godziny przejechać 12 kilometrów i mieć serdecznie dosyć. Zaraz za Dżwari zaczął się podjazd. I trwał przez kolejne dwie godziny. Było gorąco i bardzo ciężko. Chwilami nawet na najmniejszym przełożeniu nie dawało się jechać. Miejscami wydawało nam się, że już zaczyna się zjazd, albo przynajmniej płaskie, ale było to tylko złudzenie. W głowie rozliczałam się z każdego zabranego nadmiarowego grama…  Kiedy w końcu zaczął się zjazd było nam żal, że w 15 minut tracimy całą mozolnie zdobytą wysokość. I tak przez cały dzień, dziesiątki podjazdów i zjazdów, cały czas nad błękitnym zbiornikiem a potem wzdłuż rzeki. W sumie nazbieraliśmy ponad 1500 metrów podjazdu i teraz jesteśmy na wysokości 1040m n.p.m. Po drodze obejrzeliśmy sobie tamę Dżwari – drugą co do wielkości-wysokości na świecie. Co ciekawe ponieważ rzeka którą spiętrza ta tama płynie na granicy gruzińsko-abchaskiej, a elektrownia jest w Gruzji, prądem dzielą się oba terytoria. No i góry! Monumentalne, skalistego, strome- startując z niziny po 30kilometrach podziwialiśmy po obu stronach drogi dwu- i trzytysięczniki. Dorzućcie do tego wartki górski potok na dole przepaści, słońce, rześkie powietrze – taki klimat mieliśmy przez cały dzień. 

  

  

  

   

 

 Mijaliśmy tylko kilka osad, parę przydrożnych restauracji, przy których zatrzymują się marszrutki kursujące na trasie Zugdidi-Mestia i mikrosklepiki spożywcze. Na straganie zaopatrzyłam się w miód. W plastikowych butelkach wyglądał z daleka jak benzyna, ale zaraz za straganem stała pasieka. Ważna lekcja- droga wzdłuż rzeki nie zawsze jest płaska. I nie należy zakładać że będzie gdzie rozbić namiot. Bo nasza dzisiejsza droga biegnie zboczem góry i zaraz obok niej jest przepaść. Mijaliśmy może ze dwie większe polany porośnięte trawą. Oprócz tego większe płaskie miejsca są tylko w wioskach, ale te oddalone są o 5-10km, a to z naszą górską prędkością przelotową kawał czasu. I w ten sposób na drodze nad przepaścią zastała nas noc. Brzmi strasznie, ale wcale nie było tak źle. Ruch znikomy, na drodze stada krów, pojedyńcze świnie i konie, a my oświetleni jak choinki mijaliśmy stojące w ciszy zwierzaki. Jest taki pułap zmęczenia przy którym pewne rzeczy przestają zaskakiwać. Od przystających obok nas kierowców dowiedzieliśmy się, że za zakrętem będzie kawiarnia i tam można się rozbić. Po ciemku ostrożnie pokonaliśmy ostatni zjazd. Światła kafejki widać było zresztą z samej góry. Na miejscu kręciło się trzech starszych gości. I już po chwili jeden z nich prowadził nas na swoje podwórko, gdzie jest trawa, cisza, spokój i pies, a drugi wyciągał czajnik żeby słaniających się na nogach rowerzystów z Polski poratować herbatą. Kiedy my z Jackiem rozbilismy namioty, wracający z wyprawy po wrzątek (ścieżką nad małym urwiskiem) Piotrek krzyknął że zmiana planów- zostaliśmy zaproszeni na suprę, czyli tradycyjną gruzińską kolację, gdzie na stole ląduje wszystko co gospodarze mają w domu. Właściciel kafejki mieszka tu bez żony i uprzedził że będzie skromnie, ale i my wzięliśmy co mieliśmy na kolację, czyli lawasz (gruziński chleb), herbatniki, piwo i kabanosy z żelaznych zapasów Jacka. Nasz gospodarz częstował fasolą w kwaśno-słonym sosie, suszonymi i wędzonymi rybami, serem, pomidorami i swanecką solą wynieszaną z ziołami. No i oczywiście czaczą- gruzińskim bimbrem o mocy 55% i lokalnym koniakiem o miodowym posmaku. Jedno i drugie w butelce po coca-coli 🙂 no i zaczęło się biesiadowanie i toasty! Każdy z nich długi, z głębi serca, za pomyślność i szczęście obu narodów, naszej wyprawy, siły do dalszej jazdy, za gości, zdrowie wszystkich dziewczyn a w szczególności moje, za przyjaciół: Piotrka i Jacka oraz wszystkie przyjaźnie, za naszego gospodarza który jest bardzo dobrym człowiekiem… Więcej nie pamiętam, w końcu trzeba to było wszystko wypić. Na stole lądowały kolejne butelki i dokładki sera i fasoli, na dworze zaczęło padać a my debatowaliśmy o historii Polski i Gruzji i słuchaliśmy jacy Rosjanie są źli “i zachować się nie umieją! Piją- na umór. Już nie mogą ale leją w siebie wódę. Dlaczego? Bo jest!! Jutro może nie być!! Co za naród…”- to słowa Soso, najbardziej rozgadanego z trzech panów. Jest inżynierem odpowiadającym za instalację masztów telekomunikacyjnych. Jeździ z tą pracą po całej Gruzji. Dzisiaj zaczęli budowę masztu na polu właściciela kafejki i z tej okazji razem z kierowcą Kamaza u niego nocują i razem biesiadują.  

     

Kończę ten wpis patrząc na góry, a Jacek negocjuje z tutejszym psem żeby mu nie wchodził do namiotu.  

Powiązane posty

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.