Gruzja, dzień 6: 42km jeszcze bardziej pod górę i… Mestia!

by Gosia
0 comment

Przymilający się do Jacka od rana pies okazał się niezłym cwaniakiem. Wystarczyła chwila nieuwagi i zjadł nam cały bochenek chleba. I był to jedyny bochenek chleba w promieniu 40kilometrów… Skazani na herbatniki i kabanosy rozsiedliśmy się pod parasolem przy nieczynnej rano kafejce. Właściciel pewnie odsypiał wczorajszą suprę, instalatorzy GSM odjechali Kamazem z samego rana. I bardzo chcieli nas podwieźć do Mestii. Po chwili pod kafejkę zajechał Jeep z dwójką Żydów, którzy wyciągnęli niedawny obiekt naszych marzeń-kartusz (prosto z Izraela)- i zagotowali kawę. Załapaliśmy się i na szklaneczkę kawy i na wrzątek do herbatki 🙂 Byli tu już kilka dni wcześniej. Dziewczyna spędziła chyba pół godziny bawiąc się z gromadką malutkich szczeniaków na tyłach kafejki. A my wybaczylismy psu-złoczyńcy, który okazał się matką karmiącą.  

poranna toaleta w strumieniu przy kafejce

Droga od rana pięła się pod górę bardziej niż wczoraj, podjazd miał chyba 17kilometrów a w jedynym otwartym sklepiku kupiliśmy ostatniego snickersa i ostatnie seven daysy mini. Więcej jedzenia nie było. Chlebem poratowali nas za to rodacy, którzy widząc nasze flagi przystanęli zagadnąć co słychać. Oprócz biedy żywieniowej zaczęło padać, co było o tyle nieprzyjemne, że w kurtce pod górę było za gorąco, a z górki- zimno. Za to wszystko rekompensowały widoki – rewelacyjne. Do momentu kiedy wjechaliśmy w chmury. W życiu nie byłam rowerem w takim otoczeniu, coś pięknego! Czas pędził, a my walczyliśmy z kolejnymi serpentynami, czasem pchając rowery w akcie desperacji. Byle naprzód. I udało nam się wspiąć na 1500m n.p.m., do Mestii- stolicy Swanetii, naszego górskiego celu nr 1 na ten wyjazd. Już kilkanaście kilometrów wcześniej zauważyliśmy pierwsze wieże obronne, typowe dla tutejszego krajobrazu. Z Mestii startuje kilka górskich szlaków pieszych z widokami na lodowce, można wypożyczyć konia lub samochód z przewodnikiem i przejechać przez góry do położonej na 2000m wsi Ushguli. 

  

  

  

  

  

swaneckie wieże obronne

W Mestii zadekowaliśmy się w prywatnej kwaterze polecanej przez blogerów-rowerzystów. Zmarznięci, mokrzy na wylot i głodni zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci. Gospodyni zagniotła świeże chaczapuri i zagotowała khinkali, czyli pierożki z mięsem i bulionem. Buty suszymy pod piecem. W całym domu pachnie ciastem i aż nie chce się wychodzić na deszcz i zimno. W zasadzie do jutra nie musimy. Ponieważ prognozy na najbliższe dni są umiarkowane, a konkretnie ma padać, zupełnie nie wiemy jeszcze co robimy jutro i pojutrze. Ale raczej nie wsiadamy na rowery 🙂 bardzo chcemy zobaczyć cztero- i pięciotysięczniki. A w tym celu trzeba wybrać się na szlak na jakiś dwuipółtysięcznik.

chaczapuri z serem, khinkhali, sałatka z bakłażanów i slodycze. Zmiecione w mgnieniu oka.

Powiązane posty

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.