Gruzja, dzień 9: w marszrutce

by Gosia
0 comment

Dzisiaj rano pożegnaliśmy się z Mestią i ruszyliśmy w ciepełko. Jedna z wersji mojego planu zakładała, że z Mestii rowerami przebijemy się przez przełęcz Zagaro (ponad 2600) i stamtąd 150km nieutwardzoną drogą dojedziemy pod Kutaisi. Ale zrobiło się zimno, w nocy przymrozki, na przełęczy może sypnąć śnieg, a o drogę tam nikt nie dba. Zostawiamy więc ten odcinek na następny raz. I pakujemy się do marszrutki, czyli polskiego busa w wersji gruzińskiej. Niezbyt delikatnie nasze rowery lądują jeden na drugim na dachu obok sakw i ton innych bagaży. Wszystko dla stabilizacji obwiązane sznurkiem. 

… ostrożnie!

 Tak objuczeni, w towarzystwie kilkunastu innych pasażerów – Gruzinów, Żydów i Ukraińców ruszamy w dłuuuugą podróż do Tbilisi. Na suficie świecą niebieskie ledy, dudni rosyjskie disco, kierowca podrywa pasażerkę na przednim siedzeniu, a w okolicznych wsiach dosiadają się ostatni pasażerowie. Na niektórych czekamy naprawdę długo. W przejście między siedzeniami wjeżdża gigantyczna ruska torba w kratę, szczelnie zaszyta. Śmierdzi mięsem i czosnkiem. Pasażerowie protestują. Po kilkunastu kilometrach kierowca przenosi ją do bagażnika, a na jej miejsce dorzuca już mniej wonne pakunki. Dosiadający się młodzi ludzie są odprowadzani przez całe rodziny. Bagaże dziewczyny ojciec podwozi na taczce. Na dachu lądują wielkie kartony i kolejny worek kartofli. -Kartoszki mnie mama toże dawała jak jeździłem do szkoły!- cieszy się nasz już znajomy Ukrainiec. Okazuje się że widzieli nas jak pedałowaliśmy do Mestii pod górę. I krzyczeli do nas: Niech żyje Polska! -Slawa Ukrainie- odpowiadamy. I rozmawiamy przez większość podróży. Ukraińcy z zainteresowaniem zaglądają nam też w talerz zupy, którą jemy na jednym z wielu postojów. Na kierowcę za każdym razem czeka zastawiony stół, wiadomo że pasażerowie wygenerują tu spory obrót. A dlaczego Ukraińcy patrzą nam do zupy? To napiszę w oddzielnym wpisie o jedzeniu 🙂  Jechaliśmy w dół i w myślach rozliczaliśmy się z każdym dłuższym podjazdem który musieliśmy pokonać siłą własnych mięśni. Dopiero teraz było widać, jak bardzo mieliśmy pod górkę… 

śniadanie z widokiem

Z Ukraińcami rozmawiało się nam super, chociaż tematy były ciężkie. O tym że pożegnali się już z Krymem, o relacjach między Poroszenko, Jaceniukiem, prokuratorem generalnym a parlamentem. O Saakashvilim, który jest teraz gubernatorem Odessy. O życiu na Krymie, bo jeden z naszych kolegów mieszka w Jałcie i ma tam biznes. O tym, jak to nie mogli się nadziwić że Komorowski przegrał wybory. Pytali czy Kopacz jest dobrym premierem, bo chyba Tusk był lepszy. O Zachodzie, który tylko gada ale nie pomoże… I o Gruzji, bo byli tu już wcześniej. Wg nich Gruzja w ZSSR była lepiej usytuowana niż teraz- eksportowała winogrona, wino, mandarynki, produkowała samochody. Teraz po wojnie z Rosją, oddzieleniu Abchazji i Osetii nie ma takiego rynku zbytu a kraj praktycznie się nie rozwija. Potwierdzały to przewijające się za szybą krajobrazy- niedokończone domu, sypiące się bloki, ogólny rozgardiasz. No i te kartofle na dachu. Ale możemy się zupełnie mylić i tutaj po prostu tak jest.

Mijaliśmy też pomnik Lenina i gigantyczne osiedle wybudowane dla uchodźców z Osetii, setki identycznych domków z czerwonymi dachami. I długie rzędy straganów skleconych z byle czego, gdzie starsi ludzie sprzedawali gotowaną kulurydzę i słodkie placki. A to wszystko przy głównej drodze łączącej dwa największe miasta w kraju.  

jeden z wielu przydrożnych straganów

Przez te częste długie postoje pokonanie 380 km z Mestii do Tbilisi zajęło nam… 10 godzin. W stolicy bus stawał na żądanie, kierowca wchodził na dach i zrzucał worki kartofli i sterty bagażu. My jechaliśmy do końca- na dworzec Didube. Nasze szanse na złapanie marszrutki do Kachetii spadły do zera. Wszystkie na dziś już odjechały. Ale turysta to pieniądz i noe czekaliśmy dłużej niz 5 minut a już jakiś przedsiębiorczy kierowca przymierzał czy trzy rowery da się położyć na siedzeniach w fordzie transicie. Dało się! I za całkiem niewielką opłatę biorąc pod uwagę dystans -90km, i to że jest niedziela i noc- jedziemy do Sighnaghi.  

narada z Ukraińcem

Na szczęście poczekali na nas z kolacją!  No i jakby nie patrzeć- wino wszędzie!   

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.