Jezioro Garda – wszystko, czego potrzeba nam do szczęścia

by Gosia
0 comment

Woda i góry. To połączenie zawsze jest ładne.
Włochy – pyszne jedzenie, wino, słońce.
Skały, do wspinania dla Piotrka. Dla mnie trochę też.
Trasy rowerowe.
Via ferraty , których od pewnego czasu chcieliśmy spróbować. Majówkę musieliśmy skrócić o jeden weekend (za to powód był niepodważalny – wesele!), co uniemożliwiło wyjazd rowerowy do Albanii.
I tak, łącząc kropki trafiłam do Stefana, naszego trenera zimowej turystyki górskiej, który doradził nam wyjazd nad Gardę, bo ferraty bardziej na północ – na przykład w okolicach Cortiny d’Ampezzo na początku maja mogą być zaspane śniegiem.

Garda to największy zbiornik we Włoszech, jego południowe brzegi leżą w połowie drogi między Wenecją a Mediolanem. Jezioro jest podłużne, szersze na południo, o długości ponad 50 kilometrów, a z jego północnego krańca widać Dolomiti di Brenta i nasz stok narciarski z marca. Brzegi otaczają strome masywy górskie ze szczytami sięgającymi 2300m n.p.m.

Kupiliśmy bilety do Wenecji, stamtąd wypożyczyliśmy samochód i w niedzielne popołudnie, lżejsi o moją zgubioną walizkę zapakowaliśmy mikro bagażnik Fiacika500 i ruszyliśmy do Riva del Garda, oddalonego o 200kilometrów od Wenecji sporego miasteczka na północnym brzegu jeziora. Tam czekało na nas urocze mieszkanko z Airbnb, przytulne, świetnie wyposażone, ciche i wygodnie zlokalizowane w pobliżu dobrej pizzy, jeziora i wejść na szlaki na pobliskie dwutysięczniki.

Garda – widok z kolejki na Monte Baldo

Wszystko zadziałało, poza pogodą. Ta wiosna jest zupełnie wyjątkowa. W poniedziałek obudziliśmy się w gotowości do akcji górskiej, ale padało równo i konsekwentnie przez większość dnia. Żeby nie tracić czasu pojechaliśmy więc na zakupy do Arco. To z kolei mekka wspinaczy, którzy mogą tu korzystać ze stadionu wspinaczkowego, a pasjonaci w sierpniu przyjeżdżają tu na mistrzostwa świata. Na starówce jeden obok drugiego ulokowane są sklepy sportowe  z wyposażeniem niezbędnym wszystkim alpinistom (i himalaistom!), wspinaczom i rowerzystom górskim. Ceny lepsze niż w Polsce, wybór ogromny, toteż poczyniliśmy inwestycje w image i bezpieczeństwo. Wypożyczyliśmy też lonże (za chwilę napiszę co to i po co). Szukając chwili wytchnienia odkryliśmy też małą pizzerię i pyszną lodziarnię, do których kilka razy później wracaliśmy.

Via ferrata po raz pierwszy!

Wtorek zapowiadał się przepiękny, od rana świeciło słońce, woda w jeziorze przybrała znany ze zdjęć turkusowo-granatowy odcień a my wyruszyliśmy na pierwszą w życiu via ferratę.
Jak to działa? Via ferrata to włoski wynalazek z czasów pierwszej wojny światowej. Strome skały, granie i ścieżki o dużej ekspozycji zabezpieczono stalowymi linami żeby ułatwić przemieszczanie się żołnierzom. Obecnie setki takich tras w Dolomitach (ale też np. na Słowenii) służą turystom którzy chcą się powspinać po stalowych stopniach wbitych w pionowe ściany czy pospacerować nad krawędzią przepaści. Ferraty często stanowią niewielką część dłuższego szlaku, ale samodzielnie również wytyczają kilkugodzinne przejścia.
Żeby wybrać się na via ferratę potrzebne są: uprząż wspinaczkowa, lonża z absorberem i kask. Wskazane: rękawiczki, bo nasze dłonie są w większości w kontakcie ze stalową liną. Lonża składa się z dwóch taśm zakończonych specjalnymi karabinkami i absorbera – jeśli omsknie się nam noga, to absorber zmniejszy szarpnięcie. ‘Przęsła’ na ferratach, na które się wybraliśmy były od siebie oddalone o 1-2,5 metra i co chwilę przepinaliśmy kolejno karabinki lonży na kolejny fragment liny.

Na początek wybraliśmy się na ferratę Fausto Susatti na górę Cima Capi, która jest oceniana jako łatwa->średnia i bardzo malownicza – przewodniki obiecywały zapierające dech w piersiach widoki na jezioro.  I tak też było. Wycieczkę zaczęlismy w miejscowości Biacensa, 10 minut drogi od domu. Po godzinie podejścia usłyszeliśmy metaliczne odgłosy przesuwania karabinków po linie. Ubraliśmy uprzęże i kaski, przypięliśmy lonże a na polance poniżej ferraty spotkaliśmy wycieczkę niemieckich emerytów. Na szczęście puścili nas przodem, bo poruszali się dość wolno, chociaż dla mnie nie było wcale takie oczywiste czy w ogóle ruszę z miejsca. Ale jak już wystartowałam, to nie miałam chwili zawahania – to wciąga! Czułam się o niebo lepiej niż wchodząc na Świnicę – tutaj byłam cały czas bezpiecznie przymocowana do stalowej liny, w tatrach – zależna od luźno wiszącego łańcucha.

nie boję się!

W dowolnym momencie wystarczyło się odwrócić i już rozpływaliśmy się w zachwytach – skały opadały stromo do turkusowego jeziora, kilkaset metrów pod nami surferzy surfowali a żeglarze – żeglowali, słońce świeciło na prawie bezchmurnym niebie a bujna i soczysta zieleń wspinała się na okoliczne dwutysięczniki, wypierając stopniowo ostatnie spłachetki śniegu na szczytach. Na górze skończyła się ferrata a my wpisaliśmy się do pamiątkowej księgi schowanej w metalowym pudełku w otoczeniu tybetańskich chorągiewek. Okazało się, że to nie koniec zabawy z liną, bo w ramach naszej pętli przechodziliśmy jeszcze po wbitych w skałę stopniach wzdłuż lekko nachylonej ściany. Po niecałych pięciu godzinach byliśmy na dole.

wpis do księgi szczytowej

na Świnicy bałam się bardziej

Druga ferrata na którą się wybraliśmy była łatwiejsza – i polecam ją na pierwszy raz dla cykorów. Zaczyna się w Arco, na północ od stadionu, wspina na Cima Colodri, a całość przejścia zajmuje 1,5-2h. Od rana czekaliśmy na okno pogodowe, a prognozy były nieciekawe. Kiedy tylko pokazało się słońce, ruszyliśmy na szlak. Po drodze spotkaliśmy parę Polaków i kozicę górską. Schodząc trafiliśmy na kapliczki drogi krzyżowej, ulokowane wśród pastwisk i sadów oliwnych. Zeszliśmy – i zaczęło znowu padać.

Wspinaczka

Wrzuciłam do walizki buty wspinaczkowe, chociaż nastawiałam się raczej na asekurowanie Piotrka. I nie żałuję. Pierwszy raz w życiu wspinałam się w skałach – tylko kilka razy, ale w pięknych okolicznościach przyrody, wybierając spośród kilkunastu dróg na moim poziomie, w piknikowej atmosferze. Piotrek dokonywał zupełnie niezwykłych wyczynów łamiąc prawa fizyki i bijąc kolejne życiowe rekordy w trudności pokonanej drogi. A ja dzielnie kibicowałam z dołu, czasem podpowiadałam, czasem się wymądrzałam a przede wszystkim – trzymałam linę z czasami dyndającym na drugim końcu mężem. Biorąc pod uwagę, że w promieniu pół godziny od domu mieliśmy do wyboru co najmniej 10 ścian, a na każdej – kilkadziesiąt dróg, rozumiem już wspinaczy z błyskiem w oku mówiących o Arco. Dla takich widoków warto się męczyć!

nie boję się!

którędy na dół?

będzie życiówka?

*wspinaliśmy się 3 razy

Klasyka gatunku – trekking

Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy – w piątek znowu przez cały dzień nie padało. Po porannej wspinaczce popędziliśmy do Malcesine – kolejnego urokliwego miasteczka, 30 km na południe od Rivy. Zaparkowaliśmy dosłownie w budynku stacji kolejki i po godzinie stania w kolejce – zaczęliśmy wjazd na górę Monte Baldo. Do pokonania mieliśmy prawie 1700 metrów, co zajmuje ok 15 minut z przesiadką. Ciekawostka – wnętrze wagonika w gólnej części kolejki obraca się w czasie jazdy wokół własnej osi. Każdy z 80 (!) pasażerów ma szanse na widok i na jezioro i na góry. Skoro z ferraty na 900m n.p.m. widoki przyprawiały o zawrót głowy, to wyobraźcie sobie co czuliśmy dwa razy wyżej!

Na szczycie spotkaliśmy Jacka, bo jak wiadomo nie ma drewnikowej majówki bez Jacka 🙂 I poszliśmy w kierunku najwyższego lokalnego szczytu – Valdritty (2218). Wiedzieliśmy, że nie mamy szans tam dojść, bo była 15.30, ale szliśmy do oporu, brodząc w śniegu i kałużach. Piotrek dla kontrastu z otoczeniem wystąpił tego dnia w krótkich spodenkach.
Spacer zakończyliśmy pod krzyżem na Cima Pozette (2128) i zawróciliśmy w kierunku kolejki. Szlak był pod śniegiem, słonko przypiekało, a my przedzieraliśmy się przez tutejszą odmianę kosodrzewiny i planowaliśmy kolejne górskie wyprawy.

na szlaku z kolejki na Valdrittę

ciepło-zimno

Rowerem!

w stronę zamku w Arco

Trzy razy pojechaliśmy się wspinać w skałach, więc przynajmniej raz musiałam wyciągnąć Piotrka na rower. Nie było to specjalnie trudne. W sąsiednim budynku mieścił się sklep rowerowy i wypożyczalnia (do wyboru szosowe, górskie i miejskie) a z Riva del Garda startuje kilka ścieżek rowerowych. Rowerzystów spotykaliśmy wszędzie, bo tutejsze okolice są bardzo znane wśród szosowców i kolarzy górskich. Specjalne, oznakowane szlaki prowadzą z miejscowości na wybrzeżu wysoko w góry, a standardowy profil takiej wycieczki na pierwszym kilometrach wspina się na 1500m i wyżej. Patrząc na wiek i wygląd MTB-owców, jest to kolejna aktywności do wypróbowania, bo skoro wiekowi Niemcy dają radę, to ja też powinnam. No i w końcu mam już doświadczenie z Mauritiusa!
Na nasze popołudnie wybraliśmy rowery miejskie i ruszyliśmy ścieżką rowerową w stronę portu. Szybki ogląd mapy potwierdził moje wcześniejsze spostrzeżenia – przez Riva del Garda przebiega kilka utwardzonych szlaków, które niekoniecznie wspinają się od razu 1500m w górę. My wybraliśmy tę płaską, prowadzącą na północ, wgłąb doliny. Po dwudzietu kilometrach wzdłuż potoku i przez gaje oliwne dotarliśmy na ryneczkek w Dro. A ze ścieżki było widać Passo del Groste, z którego półtora miesiąca temu zjeżdżaliśmy na deskach! Poczułam się spełniona 🙂

rowerem przez dolinę w kierunku Dro

W sobotę rano, po typowym włoskim śniadaniu (słodki rogalik i mocna czarna kawa, najlepiej nad gazetą) zapakowaliśmy się z trudem do fiacika i popędziliśmy do Wenecji. I od razu zaczęliśmy kombinować jak by tu wrócić…

Logistyka (DrewnikTravel poleca i radzi):
-lot LOT-em do Wenecji (żeby zobaczyć Wenecję)
-bez samochodu ciężko się poruszać
noclegi w Riva del Garda
kolejka na Monte Baldo (uwaga na tłok i kolejki do kolejki w sezonie!)
wypożyczalnia rowerów w Riva del Garda (siesta 12-15.30), naprzeciwko mieszkania
świetna restauracja w Arco
-sprzęt ferratowy bez problemu można wypożyczyć w Arco (12 EUR/doba/zestaw)

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.