Kajakiem i rowerem – kraina Rawki

by Gosia
0 comment

Przygoda, przygoda… taki fajny prezent dostaliśmy na trzydziestkę od Karoli że nie mogliśmy go realizować sami: Spływ kajakowy Rawką przez Bolimowski Park Krajobrazowy. Zapakowaliśmy się do auta w sobotę skoro świt; my, rowery, gitara po którą trzeba było wracać… i zabłądziliśmy po drodze. Nie należy bezgranicznie ufać googlemapsom!

Do Bud Grabskich (agroturystyka nadrawka.pl) dotarliśmy przed 11-tą, kiedy słońce już mocno przypiekało. Weekend miał być upalny i burzowy. Szybko się rozpakowaliśmy, zajmując całe piętro lodówki karkówką i innymi grillowymi frykasami. Przez podwórko pełne gęgających, piejących, dziobiących i gdaczących przedstawicieli drobiu ruszyliśmy z busem do Kamiona, w górę Rawki. Po długiej debacie wybraliśmy krótszą trasę, która według właścicieli kajaków miała nam zająć 6 godzin.

Już na początku musieliśmy się przedrzeć przez pokrzywy, jeżyny, a niektórzy zauważyli nawet barszcz sosnowskiego. Zanim się zaokrętowaliśmy pokąsały nas dotkliwie ślepaki. A dokładnie – jusznice deszczowe, przez co spuchło mi pół łydki i nie mogłam zginać nogi.

Rawka zaskoczyła nas ilością zwalonych drzew – tuż nad wodą i tuż pod wodą. Przez cały czas przeprawialiśmy się przeciskając wąskimi szczelinami między pniami a lustrem wody i przepychaliśmy kajak kiedy utknął między zatopionymi konarami. Zabawa była przednia, odnotowaliśmy kilka wywrotek, podtopień, jeden zatopiony (ale odratowany) telefon i kilka utopionych bezpowrotnie piw.

Ruch na rzeczce był spory ale nie utrudniający kontemplowania pięknych widoków. Rawka jest bardzo kręta i na całej długości naszej trasy wije się wśród lasów i krzaków. Sielsko!

W połowie drogi trafiliśmy na plażę przy skarpie, z setkami mieszkańców Skierniewic celebrującymi upalny weekend.
Kiedy po siedemnastej zaczęło grzmieć, a nawet delikatnie padać, a my wciąż niezłomnie przeciskaliśmy się między drzewami – trochę się zaniepokoiliśmy. Trochę w obawie przed piorunami walącymi w rzekę, a trochę już zwyczajnie zmęczeni,  zadzwoniliśmy do gospodarza i umówiliśmy odbiór nas i kajaków przy pierwszym napotkanym moście. Okazało się że od domu dzieliło nas jeszcze półtorej godziny wiosłowania.

wioślarze w komplecie
każdy płynie gdzie chce
sielsko!
whitewater 🙂

A gdy burza rozpętała się na dobre byliśmy już wykąpani i wpatrzeni w płomienie ogniska pod wielką wiatą. Padało pięknie, karkówka rozpływała się w ustach a pieśń młodych wioślarzy odbijała echem od ściany lasu.
Za to w niedzielę zamiast zwyczajnie wrócić do Warszawy razem z Angelą wsiadłyśmy na rowery i dla odmiany popedałowałyśmy. Trasa okazała się bardzo przyjemna – leśno-wiejska z małym industrialnym akcentem przez park przemysłowo-logistyczny w Mszczonowie. Asfalt mógłby być miejscami lepszy, a na odcinku wzdłuż tajemniczych wież radiowych mógłby po prostu być… Rower przywiózł dobry kilogram błota po tych leśnych przeprawach przez kałuże.

Jak na panujące warunki atmosferyczne dosyć sprawnie dotarłyśmy do Władysławowa (ale nie tego!) i lesznowoli gdzie już naprawdę zaczęłyśmy się gotować – temperatura od południa rosła, wilgotność także. Przyjęłyśmy łącznie prawie 4 litry płynów i to chyba było i tak za mało. Z nieskrywanym zadowoleniem powitałyśmy Las Kabacki. Ale taki trening na pewno dobrze nam zrobi przed kolejnym weekendowym wiślanym wypadem. Na liczniku 90 kilometrów.

Powiązane posty

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.