Kamperem nad Balaton

by Gosia
0 comment

Kiedy w spożywczym unosi się zapach papryki, pierwsza restauracja za granicą nazywa się „Paprika” a na przekąskę jest baton Balaton, to nie można mieć żadnych wątpliwości, gdzie się trafiło.
Znaleźliśmy przyjemny kemping na północnym brzegu największego jeziora Europy Centralnej. Jest sporo ludzi,w większości niemieckich i holenderskich emerytów, więc cisza i spokój 🙂 Na miejscu zastaliśmy otwartą kempingową restaurację i sklepik, kiosk z pamiątkami, pralnię, a w sezonie fryzjera, wypożyczanię rowerów i masaże. Na dzieci oprócz piaszczystego placu zabaw czekała dedykowana sala kąpielowa i mini basen.

sielsko i pusto
lokalny przysmak

Koniec maja okazał się okresem całkowicie poza balatońskim sezonem. W mieście otwartych było tylko kilka restauracji, w centrum prawie nie spotykaliśmy innych turystów i ani razu nie trafiliśmy na godziny pracy informacji turystycznej. I tu padało, ale nie przez cały czas. Żeby Władek mógł się wyszaleć na czworaka korzystaliśmy z altany dla dzieci i zadaszonych restauracyjnych ogródków, oprócz tego spacerowaliśmy pod parasolem – i w sumie nie taki straszny był ten deszcz. Kiedy w czasie obiadu w pachnącym wilgocią lokalu, gdzie byliśmy sami, z głośników popłynęła legendarna piosenka Omegi, na wspomnienie naszych rowerowych węgierskich przygód zakręciła mi się łezka w oku.

Huśtawka z widokiem

Po dwóch nocach postanowiliśmy odwiedzić jeszcze wschodni brzeg. Okazało się, że możemy tam dopłynąć promem! Nie można nie skorzystać z takiej gratki 🙂 Cała trasa zajęła nam mniej niż godzinę, a prom płynął tylko 8 minut, za to kosztował 80 złotych. Zameldowaliśmy się na dwie noce na kempingu Mirabella w miejscowości Revfulop. I tutaj to dopiero wszystko było poza sezonem. W kempingowej restauracji serwowali jedną potrawę – smażonego kurczaka z frytkami. W promieniu kilku kilometrów nie było otwartego sklepu. Korzystaliśmy z zapasów w lodówce i wygodnej kuchni – w kamperze bez problemu można ugotować obiad. Kemping świecił pustkami więc rozsmakowaliśmy się w cichym, leniwym odpoczynku, zupełnie sami na najbardziej widokowym cyplu w okolicy. Wieczory spędzaliśmy ciepło ubrani przy stoliku pod markizą, obserwując zapadający zmierzch i śledząc prognozy pogody dla Chorwacji i Włoch.
Węgry pożegnaliśmy w ulewnym deszczu, który rozpadał się na szczęscie już po zwinięciu obozu, w drodze na południe.

PS: jak prawie wszędzie, spotkaliśmy tu pana mówiącego trochę po polsku, który 40 lat temu był żonaty z Polką. Szkoda, że nie opowiedział nam jak ją poznał – zabrakło słownika.

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.