Koniec świata tej wiosny

by Gosia
0 comment

Nasz marcowy wyjazd na Mazury nie doszedł do skutku z powodów wiadomych.
Nie będę też tym razem wrzucać linka do miejsca, które znalazłam na slowhop.com pewnej kwietniowej nocy pełnej rozmyślania co teraz zrobić, kiedy nawet las zamknięty. A miejsce wyglądało idealnie: drewniany domek w lesie, z sypialnią z przeszkloną ścianą i widokiem na mały wąwóz i las, z sauną, chatką do grillowania, szlakiem turystycznym kilkaset metrów nad domkiem i obłędną panoramą.
Oczywiście bez wyżywienia, bez gospodarza, ba – nawet bez bliskiego sąsiada, we wsi, która zimą zdaje się kompletnie odcięta od świata, gdzie droga kończy się w lesie tak ciemnym, że bałam się tam sama pójść.
Czy to nie brzmi jak pandemiczny ideał izolacji?
Plan był taki, że jedziemy tam na dwa tygodnie, izolujemy się perfekcyjnie a potem spokojnie kotwiczymy na dłużej w Sierzchowach, u moich Rodziców, skąd będziemy śledzić dalszy rozwój wypadków.
Wyjazd poprzedzało wiele dyskusji, od tak przedziwnych jak: “to jest za duże odludzie”, do: “ale jak damy radę nie robić przez dwa tygodnie zakupów mając mini-zamrażarkę w podblatowej lodóweczce”?
Termin wyjazdu został skorelowany z dostępnym terminem dostawy z Frisco, poprzedzony wielkim pakowaniem i gotowaniem zapasów oraz planowaniem kompletnego menu na dwa tygodnie.
I tak w sobotę, dzień przed drugimi urodzinami Władka pożegnaliśmy się na jakiś czas z Kabatami i wyruszyliśmy w lekkim stresie, bo podróż w celu w jakim jechaliśmy nie była do końca legalna.
To, co zastaliśmy na miejscu, było spełnieniem marzeń i snów ostatnich tygodni. Zieleń, wszędzie zieleń, kwitnące drzewa, skarłowaciałe jabłonki, które zostały tu po poprzednich gospodarzach, kwitnąca grusza nad piaskownicą pełna uwijających się pszczół. Las sosnowy, las liściasty, brzozowy gaj, modrzewie, krzaczyska, staw i pozostałości po płynącej przez podwórko rzeczce. Lekko licząc 3ha nieogrodzonego terenu wokół domu, na zboczu góry, czemu działka zawdzięcza swoją ciekawą rzeźbę. 2,5km stromą, leśną piaskową drogą do najbliższej wsi, trzy zamieszkane domy w naszym przysiółku, wszystkie poniżej naszego.

widok z sypialni, zdjęcie zrobione z łóżka

Czuliśmy się trochę jak leśni ludzie, a trochę jak uciekinierzy.
Maseczki zawisły na kołku, żelu nawet nie wyciągnęliśmy. Jakby tego było mało, przyroda podarowała nam setki ptasich koncertów i treli wyśpiewywanych z kwietniowym zapałem, a właściciel – lornetkę i atlas ptaków. Przez dwa tygodnie rozpoznaliśmy ponad 10 gatunków. Znaleźliśmy zaskrońca sunącego przez trawę przy piaskownicy. Mieszkał pod mostkiem przy niewielkim stawiku, gdzie Władek codziennie metodycznie moczył wielką gałąź i wyławiał wodorosty.
Nocami budziły nas przerażające szczekania i ryki saren, które zresztą codziennie przebiegały przed oknami.
Sam domek (kiedyś dam link ;)) był bardzo dobrze przemyślany – mały, a przestronny, zbudowany tak, by z dowolnego miejsca mieć przed sobą jakieś panoramiczne okno z widokiem na las, wzgórze ponad domem ze sporą polaną, czy majaczące na horyzoncie pasmo górskie.

Piaskownica i błotna kuchnia pod kwitnącą gruszą

Co rano tuż po przebudzeniu rozsuwaliśmy zasłony i przez przeszkloną ścianę obserwowaliśmy ptaki, a czasem sarny
Spacerowaliśmy całymi dniami po “swoim” terenie i zapuszczaliśmy się w gęsty, chłodny las gdzie momentalnie znikał zasięg i prawie nie dochodziły tam promienie słońca. Władek brodził w bagnie, kopał tunele i rowy, dziarsko biegał pod górę i tarzał się w trawie. Spał w ciągu dnia po chwili jazdy w wózku biegowym, pachnący wiatrem i słońcem. I rozgadał się bardzo, nieustannie relacjonując co aktualnie robi i widzi.

Sypialniane okno przez które można było uciec do lasu

Czuliśmy się bardzo tu i teraz, na miejscu, jakby dokladnie taki wyjazd był teraz potrzebny. Polana była “nasza”, tak jak ulubiona ławeczka pod modrzewiem, od rana wygrzana w promieniach słońca, sąsiad podglądany cichaczem stał się bardzo bliski. Jedzenia oczywiście nam wystarczyło – nie trzeba codziennie jeść świeżego pieczywa, można piec focaccię a w piecu opalanym drewnem wychodzi doskonała pizza.
Było tak dobrze, że po paru dniach pobytu zarezerwowaliśmy kolejny tydzień w sierpniu. Ciekawe, czy to magia miejsca, czy do tak entuzjastycznej recenzji przyczyniła się nasza silna, niezrealizowana przez pandemię potrzeba obcowania z naturą? Dam znać za 2 miesiące. Trochę się już nie możemy doczekać powrotu 🙂
.

spacer po leśnym podwórku

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.