Kurs zimowej turystyki górskiej, Kiry 2017

by Gosia
0 comment

Mała nauczka na przyszłość – bloga trzeba pisać regularnie. Siedzę teraz nad oceanem indyjskim na Mauritiusie, szukam cienia i ochłody i mam wspominać trudy zimowej wspinaczki? Mimo wszystko spróbuję, bo wspomnienia są wciąż świeże, a odciski na piętach poprawiam teraz tymi z biegania po plaży.
Po pozytywnych recenzjach Piotrka i Angeli, którzy ten sam kurs zaliczyli rok temu, zapisaliśmy się i my – rodzeństwo Stafiszów i Jacek, bo jak wiadomo z Jackiem jest zawsze fajnie. Kurs organizowany jest przez Instruktora Alpinizmu Stefana Stefańskiego związanego ze szkołą wspinaczki na Nowowiejskiej “wpionie” i sam Stefan jest jedynym prowadzącym na wszystkich turnusach.  Grupy liczą po 5-6 osób więc czuliśmy się bardzo dobrze zaopiekowani.
Wiedziałam co mnie czeka i oczywiście umierałam ze strachu przed zbobywaniem Świnicy zimą, bo od czasu tego ‘wyczynu’ w październiku jakoś częściej mi się śni że spadam. Kurs miał być po części antidotum na te wszystkie strachy, bo z kim jak nie z przewodnikiem który kilka razy w roku wchodzi na Mont Blanc bezpieczniej ćwiczyć zimowe zachowania w górach?

Teraz, z perspektywy czasu już mogę napisać, że najbardziej niebezpiecznym elementem całego kursu był przejazd nieodśnieżoną gierkówką (ja prowadziłam!) i przechodzenie przez drogę w Kirach w niedozwolonym miejscu.

Pogoda sprzyja

Pogoda sprzyja

 śniegu po pas

śniegu po pas

Zaczęliśmy w czwartek wczesnym popołudniem na Przysłupie Miętusim, gdzie po krótkim zapoznaniu się z zasadą działania detektorów lawinowych ruszyliśmy na poszukiwania zasypanych ‘towarzyszy’. Śniegu było po pas, koledzy z przeciwnej drużyny zakopywali detektory najgłębiej jak się dało, a my biegając z wywieszonym językiem próbowaliśmy się do nich dokopać jak najszybciej. Poziom trudności rośnie razem z liczbą zasypanych, jak w życiu. Zostaliśmy przeszkoleni z obsługi sondy i łopaty i od tej pory nie rozstawaliśmy się z zestawem antylawinowym do końca pobytu w górach. Ćwiczenia skończyły się razem z zapadającym zmierzchem i do bazy – domu w Kirach – schodziliśmy już w zupełnych ciemnościach, co jest jednym z przyjemniejszych elementów wyjazdu. Po kolacji i bez chwili wolnego Stefan zawołał nas na wykład, gdzie do 23-ciej walcząc ze snem (nie wszyscy wygrali) poznawaliśmy stopnie zagrożenia lawinowego i specyfikę śniegu.

003

Teoria i praktyka

ciepło!

ciepło!

nocny powrót

nocny powrót

W piątek czekała nas wczesna pobudka i wymarsz o 8 rano. Okazało się, że nasze i tak już obładowane plecaki dociążą dodatkowo raki i czekany, a na deser na wierzchu zamontowaliśmy rakiety śnieżne. Przez cały dzień mieliśmy się tarzać, turlać i biegać w śniegu, bez schronisk po drodze. Post factum okazało się, że jedna kanapka i pół termosa herbaty optymalnie zaspokajają głód, chyba że jest się Krzyśkiem który pożerał ochoczo batony i kabanosy w każdej wolnej chwili (nie było ich znowu tak dużo).
Wycieczkę zaczęliśmy w dolinie Małej Łąki od sprawdzenia czy nasze detektory działają. Potem założyliśmy pierwszy raz w życiu rakiety śnieżne i w świeżutkim śniegu zakładaliśmy ślad długi na całą Wielką Polanę Małołącką. Trochę dalej, już w lesie, Stefan schował rakiety w krzakach a my poszliśmy już tylko w butach wyżej i wyżej – gdzieś poza szlak, gdzie w cieniu mogliśmy poćwiczyć niekontrolowane staczanie się ze zbocza i hamowanie czekanem. O właściwy sypki i śliski śnieg nie było łatwo – słońce przygrzewało tak, że przez większość czasu szłam bez kurtki a potem w samej podkoszulce. Ale kiedy dotarliśmy do wiecznie zacienonego kotła pod Kopą Kondracką zrobiło się przejmująco zimno i tak już zostało na najbliższe kilka godzin. Korzystając z tego, co mamy pod ręką – czekana, kijków, worka ze śniegiem czy wreszcie bardziej profesjonalnego sprzętu o obiecującej nazwie – deadman – uczyliśmy się budować stanowiska asekuracyjne. Przy próbie wyrwania jednego z nich przez chwilę pomyślałam że wyskoczył mi jakiś dysk, a potem z radością skonstatowałam że ból pleców który mnie męczył od paru dni minął jak ręką odjął 🙂 Po tych atrakcjach przyszedł czas na naukę hamowania czekanem – w rynnie śnieżnej, startując przodem, tyłem, turlając się czy wreszcie robiąc fikołki – wszystko dla pogorszenia orientacji. Wszyscy wyhamowali i nikt się nie stoczył. Wreszcie mogliśmy wrócić na słoneczne połacie śniegu. Okazało się, że na deser czeka nas trening chodzenia w rakach i wyprawa do jaskinii, niemiłosiernie zanieczyszczonej przez kozice. Było stromo, ale dzięki rakom – wcale nie ślisko i mimo początkowych obaw udało się spokojnie i statecznie podejść i zejść.
I znów wracaliśmy w zupełnych ciemnościach, napawając się widokiem gwiazd i księżyca. Poza nami w dolinie nie było już nikogo. Przez cały dzień spotkaliśmy może 3 osoby.

rakiety

rakiety

raki

raki

i czekany

i czekany

Wykład był jeszcze trudniejszy do wysiedzenia ale obejmował też część praktyczną – wiązanie węzełków, więc było trochę ruchu na pobudze nie krążenia. A w sobotę czekała nas pobudka o 6 rano! I jeszcze za to wszystko zapłaciliśmy, szaleństwo. Zerwaliśmy się przed świtem by jeszcze bardziej dociążyć nasze plecaki – szczęśliwcy (siłacze!) dostali do dźwigania zwoje liny i pęki taśm, gdyż był to dzień ćwiczeń asekuracji lotnej w zespołach. Oprócz tego każdy zabierał swoją uprząż. Z Kasprowego ruszyliśmy skąpani w słońcu na Świnicę. Z niewyspania i zmęczenia jakoś niespecjalnie dużo czasu poświęcałam na myślenie co to będzie. Poza tym, jak mam na sobie uprząż, to zaczynam się czuć bezpiecznie (może powinnam w niej chodzić po górach?).

o co chodzi z tymi linami?

o co chodzi z tymi linami?

lotna asekuracja

lotna asekuracja

ćwiczenia

ćwiczenia

Ćwiczenia z lotnej asekuracji szły nam dość ślamazarnie – a to Krzysiek gdzieś utknął, a to ja się za długo przepinałam, wreszcie Jacek plątał się  w taśmy, lina smętnie ciągnęła się po ziemi a my w rakach gramoliliśmy się po głazach na ładnym równym i wydeptanym szlakiem. Zanim zaczęliśmy atak szczytowy podniosły się chmury i nie było widać, dokąd idziemy. Wspinaczka też nie należała do najłatwiejszych – momentami było dosyć slisko, zmęczenie trzeciego dnia dawało o sobie znać a w mokrym śniegu nogi zapadały się po kolana. Ale ataku paniki nie doświadczyłam, niebezpiecznych momentów nie było, minęliśmy grupę spiętą liną i znaleźliśmy się na taternickim szczycie Świnicy (na ten wchodzi szlakiem w zimie). Tadam!

Świnica!

Świnica!

Krzysztof zawsze poważny

Krzysztof zawsze poważny

Powrót wcale nie był straszny, żwawo szliśmy myśląc o kolacji i czekającym nas odpoczynku… po wykładzie.

W niedzielę z mojej perspektywy było wręcz relaksacyjnie – w dolinie lejowej na 16-metrowej skałce ćwiczyliśmy zjazdy na linie a potem – po zawiązaniu odpowiedniej ilości węzłów i instalacji odpowiednich przyrządów – samodzielne wyciąganie się do góry. Chłopcy przeżyli to trochę bardziej – czyli jednak doświadczenie ze ścianki procentuje. Spędziliśmy tam dobre trzy godziny żeby wbić do głowy jak to powinno wyglądać i ruszyliśmy wyżej – poćwiczyć związywanie się liną i wędrówkę po lodowcu. Podzielenie liny na 4 kawałki, do których po jej skróceniu będą przywiązane 3 osoby wcale nie jest proste! Tak związani, na hasło ‘spadam’ udawaliśmy, że hamujemy czekanami na lodowcu (łąka) żeby zapobiec zsunięciu się zespołu do szczeliny. Ubaw musieli mieć mijający nas turyści z sankami. Wyglądaliśmy jak Kukuczka w Himalajach – zwój liny w poprzek klatki piersiowej, kask, czekan, pełna koncentracja.

wychodzi

wychodzi

i wychodzi

i wychodzi

wszystko działa

wszystko działa

i hop

i hop

i tak 6 razy

i tak 6 razy

gry i zabawy

gry i zabawy

Po pokonaniu ostatniej przeszkody – przejściu przez jezdnię – dotarliśmy bezpiecznie do bazy i ekspresowo się spakowaliśmy, żeby sprawnie dotrzeć do domu.
Po takich przeżyciach na urlopie przydałby się urlop.

Jeśli ktoś z czytających (brzmi jakby były Was tysiące) zastanawia się nad ekscytującym wyjadem w Tatry na przedłużony weekend w zimie to kurs ze Stefanem polecam gorąco! Będziecie robić nowe rzeczy, będzie pięknie dookoła, przekroczycie kilka własnych granic i zobaczycie jak sobie poradzić w trudnych sytuacjach. Pewnie nikt z nas nigdy nie wyląduje w szczelinie czy lawinie, ale czemu nie poszerzyć sobie listy ‘sprawności’ o nowe umiejętności?

046 057 041

 

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.