Listopadowe Izery

by Gosia
0 comment

Hej, zawsze na 11 listopada na Dolnym Śląsku jest ciepło, słonecznie i można jeszcze raz przeżyć złotą, Polską jesień, pojedziemy? No pewnie!
Szybkie wyszukiwanie na slowhopie, z dużym wyprzedzeniem, bo nic tak szybko się nie sprzedaje jak slowhop na długie weekendy i voila! – zarezerwowałam 4 noce w bardzo urokliwej, starej szkole, która drugie życie dostała od Piotra i Łukasza – KWIECI, w Kwieciszowicach. Podróż jak to zwykle z Władkiem bywa należało rozbić na etapy, i tak w piątkową noc zameldowaliśmy się u Karoli we Wrocławiu. Zdążyliśmy przed północą, z tortem, na kameralne urodziny. Z samego rana wyszliśmy na spacer świeżo wybudowaną promenadą nad Oławką, prowadzącą na fantastyczny, edukacyjny plac zabaw. Dzieci mogą tutaj odkręcić kilka kranów i zobaczyć, jak kanałami woda płynie do zbiorników retencyjnych, spływa z rur, przepływa przez śluzy i tamy. Jak na Wrocław to podwójnie kształcące miejsce.
Po drodze do Kwieciszowic odwiedziliśmy Karpacz – bo dotychczas nie udało nam się jeszcze zobaczyć świątyni Wang. Niezmiennie uważam, że Karpacz to jedno z brzydszych górskich miasteczek – ruchliwa droga przez miasto wzdłuż której stoją stragany, straszą reklamy, a na wąskim chodniku w spalinach tłoczą się turyści.

Zwiedzanie w biegu

Okolice świątyni Piotrek pamiętał z biegu na Śnieżkę. Ja, jak to bywa w przypadku wspomnień z biegów górskich prawdopodobnie miałam wtedy włączony tryb przetrwania tudzież irytacji, po co znowu to sobie robię, więc na świeżo rozejrzałam się wokół, podziwiając panoramę Gór Kaczawskich i bardzo ciekawą architekturę wikingowego kościoła przywiezionego statkiem z Norwegii. A Władek po prostu biegał w kółko, świadom że przed nami jeszcze kawałej jazdy.

W Kwieciszowicach zameldowaliśmy się tuż po zmroku i od razu zasiedliśmy do obiadokolacji. Przeszkolony przez szefa kuchni Gospodarz gotuje wegetariańsko z opcją wkładki mięsnej, z której korzystaliśmy wybiórczo. Jedzenie jest o-b-ł-ę-d-n-e – z dużym wykorzystaniem lokalnych przysmaków, wiecie – kapusta od sąsiada, miód z pasieki na niedalekim wzgórzu, kozie sery z koziej farmy dwie wioski dalej a jajka ktoś przed chwilą przyniósł w koszu. Lubimy tak!
W obszernym salonie można było zatonąć w lekturze, rozłożyć się na kanapie, wypić lokalne wino lub czeskie piwo (również bezalkoholowe) albo po prostu nie robić nic. Korzystaliśmy.

Kiedyś to była największa klasa – dziś salon
w bawialni zachowało się trochę szkolnego wyposażenia

To był tak naprawdę nasz pierwszy, górski wyjazd z Władkiem, który choć ma już półtora roku niespecjalnie przejawiał do tej pory chęci bycia noszonym – czy to w nosidle, czy plecaku-lektyce. Na własnych nogach chętnie biega, ale niekoniecznie w wybranym przez rodziców kierunku, za to po krótkich negocjacjach zwykle zasiada w Chariocie (Thule), toteż wybraliśmy sobie takie góry, na które teoretycznie da się wepchnąć ten trójkołowy wehikuł w wersji do biegania terenowego. Już kolejny dzień naszego pobytu miał zweryfikować te ambitne założenia.
Za cel obraliśmy sobie Stóg Izerski, przyjemną górę na którą wszyscy inni postanowili tego dnia wjechać kolejką gondolową. Krótkie poszukiwania informacji w internecie “stóg izerski z wózkiem, stóg izerski asfalt” dawały nadzieję na powodzenie przedsięwzięcia. Czarnym, a potem zielonym szlakiem z parkingu przy stacji gondolowej, na szczyt prowadziła asfaltowa, a potem utwardzona droga. To się zgadzało z opisem, natomiast kąt nachylenia niektórych górek na tej drodze był dosyć zaskakujący – łydki paliły bardzo, nogi ślizgały się na oblodzonej nawierzchni a my, rozebrani z kurtek mimo mrozu miejscami pchaliśmy przyczepkę we dwoje. Ale daliśmy radę! Władek współpracował, okutany w puch i owinięty w koc spał smacznie przez całe, półtoragodzinne podejście. Obudził się dokładnie pod schroniskiem, z którego kolejka po herbatę i szarlotkę zawijała wielokrotne pętle przez wszystkie pomieszczenia, więc ominęliśmy ten punkt programu. Śnieg! Od pewnego momentu szron i szadź przeszły w regularną pokrywę śnieżną i mogliśmy nacieszyć się wczesnym podmuchem zimy. Dosyć trudną dla wózka ścieżką próbowaliśmy podejść ostatni kawałek na szczyt, ale odpuściliśmy bo na kamieniach było bardzo ślisko a Władek już musiał pobiegać.

Podejście na Stóg Izerski – stromo pod górę
a na szczycie śnieg!

Na dół zjechaliśmy gondolką – polecam, fajne widoki i kolana były nam wdzięczne a junior miał frajdę. Po krótkich poszukiwaniach w Świeradowie znaleźliśmy kawiarnię z bogato wyposażoną salą zabaw, a raczej całą piwnicą dla dzieci. Zadekowaliśmy się tam i rozgrzaliśmy.

Naszym kolejnym celem pierwszego pobytu w Górach Izerskich było zdobycie najwyższego szczytu Gór Kaczawskich. Brzmi jak prawdziwe wyzwanie i tak będę to pozycjonować. Skopiec, bo o tym pagórku mowa, ma zaledwie 724 metry, a zaparkować można kwadrans spaceru od szczytu. Wystarczy przejechać przez całą wieś Komarno i skorzystać z zatoczek parkingowych przy polnej drodze. Podejście nie było strome, Thule podjechał po wertepach bez najmniejszych problemów. Na szczycie znaleźliśmy skrzynkę z pieczątką i pamiątkowym cukierkiem – podmieniliśmy go na inny i poszliśmy robić zdjęcia z przełęczy. Władek nie zdążył nawet usnąć.
Niektóre źródła wskazują, że teraz najwyższym szczytem Gór Kaczawskich jest Baraniec, inne mówią o Folwarcznej, ale to na Skopcu w dalszym ciągu można znaleźć pieczątkę Korony Gór Polski. Tym samym Władek zalicza pierwszą górę z tej zaszczytnej listy.

Skopiec – atak szczytowy

Resztę dnia spędziliśmy na wycieczce krajoznawczej po okolicach Karkonoszy – chcieliśmy żeby Władek pospał choć trochę w samochodzie więc objazdami przez Jagniątków (zaiste, piękna trasa kolarska) dojechaliśmy do Szklarskiej Poręby i Jakuszyc. Cała polana wygląda jak wielki plac budowy – ciekawe co się tam wyprawia i czy zdążą do opadów śniegu? I tu przez chwilę oddaliśmy się wspomnieniom z pewnego śnieżnego, sylwestrowego wyjazdu, kiedy to mimo porywistego wiatru podgrupa szaleńców wbiegła na Szrenicę hodując sople na brodzie, a sekcja zaledwie nierozważnych podeszła tam pieszo, w śniegu po kolana.

W Szklarskiej Porębie zaplanowaliśmy spacer ścieżką pod reglami, ale Władek był bardzo nieszczęśliwy w mroźnym i szarym lesie, więc zawróciliśmy i poszliśmy na małe conieco. Tutaj było o wiele ładniej, bardziej uzdrowiskowo niż w Karpaczu, ciekawsza architektura i więcej przestrzeni.
Wracając do naszej szkoły zachwycaliśmy się widokami łagodnych Izerskich wzniesień skąpanych w promieniach zachodzącego słońca. Polubiłam całą okolicę Gór Izerskich i Kaczawskich po tej krótkiej wycieczce. Wyobrażam sobie, że latem przyjemnie tu popedałować spokojnymi drogami przez wioski, napić się piwka z lokalnego browaru (i do Miedzianki niedaleko!), a podobno czeska strona jest jeszcze ładniejsza!
Drewnik Travel poleca 🙂


Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.