Mahasiwaratri – o tym, jak poszłam na hinduistyczną pielgrzymkę

by Gosia
0 comment

Środek lutego. Jeśli Warszawa nie zamarza, to na pewno przemarza smagana lodowatym wiatrem. Słońce ostatnio widziano w grudniu. Piotrek wyjechał do Cincinnati, a ja tydzień po szkoleniu zimowej turystyki górskiej zmieniłam klimat. Praca znów wezwała na Mauritius. Nie lada wyzwaniem było spakowanie się w wersji letniej, ciężko przemóc się i nie zabierać sweterków ani kurtek. I tak zabrałam i znowu nie użyłam.
Pisałam już (tutaj) o tym, jak różnorodny jest Mauritius. Ciężko sobie wyobrazić że na tak małej przestrzeni spokojnie współistnieje tyle kultur i religii. Jednym z wielu plusów tej sytuacji jest bez wątpienia mnogość świąt obchodzonych na wyspie. Zarówno te islamskie, jak i chrześcijańskie i hinduistyczne po równo obdzielają wszystkich obywateli dniami wolnymi od pracy. I tak trafiłam na końcu lutego na jedno z najważniejszych świąt wyznawców hinduizmu – Maha Shivaratri. Dosłownie – jest to wielka noc Shivy. Według różnych legend upamiętnia ono pokonanie przez Shivę ciemności i słabości, dzień w którym Shiva ocalił świat w zamian za to, że ludzie będą go tego dnia czcic, według innych – jest to po prostu ulubiony dzień Shivy 🙂

Posąg Shivy nad Grand Bassin

Na Mauritiusie święto jest obchodzone wyjątkowo – pielgrzymką do położonego na południe od centrum wyspy jeziora Grand Bassin. Mieszkańcy wierzą, że jest ono połączone podziemnymi kanałami z Gangesem. W latach 70-tych symbolicznie poświęcono je wodą ze świętej rzeki. Przez cały tydzień poprzedzający Maha Shivaratri, które przypadało w piątek, hinduistyczna część populacji Mauritiusa maszerowała w upale do jeziora. Ci z północy mieli do pokonania prawie czterdzieści kilometrów. Nie byłabym sobą, gdybym nie wypytała kolegów z biura o szczegóły 🙂 Idzie się po to, żeby zaczerpniąć wody z jeziora i zabrać ją do domu. Następnie w domu lub w swojej lokalnej świątyni w poranek po nocy Shivy polewa się posąg Shivy wodą z jeziora. Ma to zagwarantować nam dobrobyt i zdrowie. Woda działa trochę jak nasza woda święcona. Do jeziora niesie się też przygotowane z bambusa ołtarze. I tutaj mieszkańcy Mauritiusa wykazują się niezwykłą kreatywnością – niektóre ołtarze niosą na ramionach, inne w kilka osób na tyczkach, ale zdarzają się i giganty rozmiaru budynku, pchane przez tłum na specjalnych wózkach.

Pielgrzymka trwa kilka dni. Nie tylko dlatego, że jest daleko (bo przecież nie jest, wyspa ma po przekątnej jakieś 60 kilometrów) ale również, a może przede wszystkim z powodu atrakcji po drodze. Równie ważne jak samo pielgrzymowanie jest też dawanie ofiar pielgrzymom. Wzdłuż dróg mieszkańcy ustawiają liczne punkty obsługi pielgrzyma – oferują smażone samosy, zupę z soczewicy, słodycze i rozmaite napoje. Wszystko wegańskie! Przy odrobinie szczęścia można załapać się też na napój z konopi indyjskich. Odpoczynek gwarantują wybudowane specjalnie na ten dzień namioty i daszki, pod spodem czekają rozłożone materace, plastikowe krzesełka i ogrodowe stoły. W środku zwykle gra muzyka- od tej w klimacie ‘Hare Kriszna’ przez bollywoodzką do ostrego techno. Zdarzają się też dyskotekowe iluminacje. Przez tych kilka dni w roku cała wyspa żyje świętem.

Od poniedziałku ulicą pod oknami naszego biura przechodziły pielgrzymki – śpiewy i odgłosy bębnów i tamburynów niosły się od rana do późnych godzin nocnych. Korki w godzinach szczytu pęczniały. Moi znajomi z pracy wybierali się do jeziora we środę i czwartek. I zaprosili mnie do wspólnej pielgrzymki! Ruszyliśmy po pracy i po zmierzchu. Do pokonania mieliśmy tylko 21 kilometrów i spacer zapowiadał się bardzo przyjemnie. Założyłam wygodne sandały, uzgodniłam dresscode (szorty okazały się być w porządku, chociaż na wszelki wypadek niosłam w plecaku sukienkę) i ruszyliśmy tam, gdzie szli wszyscy.
Chwilę po 19 przechodziliśmy przez islamską dzielnicę Quatre Borne kiedy z pobliskiego meczetu rozległ się śpiew muezina, wzywającego na wieczorną modlitwę. Z bram i furtek zaczęli wyłaniać się muzułmanie. Ich grupka zmieszała się z naszą, zagadywali i życzyli nam radosnej pielgrzymki. Myślę, że tak to właśnie powinno wyglądać.
Mijające nas auta co chwilę się zatrzymywały a kierowcy i pasażerowie podawali nam wodę. Przy mijanych stoiskach częstowano nas przekąskami, których nie wypada odmawiać. Moi znajomi co chwilę korzystali z możliwości odpoczynku i nasz spacer trochę się przeciągał. Po kilku kilometrach ruch na drodze przekształcił się w jednostajny korek, wzdłuż którego szliśmy już do samej świątyni. Wolałam nie myśleć o tym, jak wrócimy. Dwa kilometry od celu wyszliśmy na wzgórze, skąd szeroka czteropasmowa droga prowadzi pod wielki posąg Shivy. Doskonale było stąd widać nieprzebrany tłum napływający ze wszystkich okolicznych drug, sznur aut, światła i dym unoszący się nad świątyniami. Całość tworzyła naprawdę niesamowity klimat.

Woda i przekąski (zjedzone!) w przydrożnym namiocie

Odpoczynek. W tle posąg Shivy.

Na miejscu – namiot dla strudzonych pielgrzymów

Przed północą zameldowaliśmy się w wielkim namiocie służącym do odpoczynku i zrobiliśmy sobie obowiązkowe selfie pod posągiem. Myślałam, że na tym kończy się mój aktywny udział w wydarzeniu – w końcu jako niewierząca nie powinnam wchodzić do świątyni ani odprawiać obowiązkowych rytuałów tego dnia. Ale nie, chłopaki roześmiani od ucha do ucha tłumaczą że jesteśmy jednym narodem z jednym bogiem, przyjaźń, miłość i te sprawy, i powinnam z nimi pójść zobaczyć jak składa się ofiary i odpędza złe duchy. Idę więc, przeciskając się przez tłum. Z namiotu obok dudni przez cały czas ta sama śpiewana w kółko mantra, która ma maksymalnie dwa wersy. Będzie nam towarzyszyć godzinami. Zdejmuję sandały i wchodzę do jednej ze świątyń, gdzie ktoś maluje mi na czole dosyć rozmazaną kropkę. Rok temu był tutaj kapłan z hipnotyzującymi oczami. Przeciskając się przez tłum idziemy nad jezioro, które otoczone przez kolorowo ubrane postacie, spowite w dymie kadzidełek, wzdłuż brzegów zalane sokiem z rozłupywanych orzechów kokosowych wygląda magicznie.

w kolejce do oddania ofiary

Wzniosły moment matki z córką. I mistrz drugiego planu.

Magicznie

Każdy przybywający tego dnia nad Grand Basin powinien złożyć ofiarę z owoców. Rzędy koszyczków czekają ustawione na murkach, świątecznie odziane panie podchodzą do brzegu na bosaka, członkowie rodzin podają im owoce – rozcięte kiwi, banany, kokosowa woda ląduje w wodzie. Po odmówieniu modlitwy kucają nad taflą wody i nabierają ją w plastikowe butelki i ozdobne pojemniki. Ja też tankuję półlitrową butelkę po wodzie. Podobno nigdy się nie zepsuje.
Przy drodze nagabują nas dziewczyny rozdające kadzidło. Bierzemy je do rąk, rozcieramy i wąchamy a potem ustawiamy się w kolejce do ogniska. Płomienie strzelają wysoko, a tłum okrąża ognisko i wrzuca swoje kadzidła. Ten gest oznacza pożegnanie ze złymi duchami. Chłopaki idą jeszcze odwiedzić inne świątynie położone wokół jeziora, chociaż nie są one poświęcone Shivie. Wracając zabierają dla nas bezpłatny posiłek – smażony ryż z warzywami i bukietem hinduskich przypraw, opakowany w liść bananowca. Nie ma sztućców, w okolicy nie widzę żadnej bieżącej wody. Jem rękoma, zlizując ryż z palców i proszę Shivę żeby załatwił wszystkie potencjalne egzotyczne zarazki, które teraz pochłaniam po moczeniu rąk w świętym jeziorze, sięganiu po kadzidło i malowaniu kropek.

Ofiary dla Shivy

Tutaj spaliłam kadzidło i wygnałam swoje złe duchy

Jeden z przyniesionych przez pielgrzymów ołtarzy

I wtedy wreszcie znajduję odpowiedź na pytanie “skąd ja to znam” i “do czego to porównać”. Jest po prostu jak na Woodstocku 🙂 Nie da się tego porównania zakwestionować kiedy próbując wrócić do domu w dzikim tłumie próbujemy wsiąść do bezpłatnego autobusu. Przypomina mi się wskakiwanie do specjalnych pociągów na dworcu wschodnim, circa 2002.
Podróż trwa lekko ponad pół godziny. Kierowca pędzi, wszystkie okna są otwarte, kołyszemy się trzymając uchwytów i usypiamy na stojąco. O 6 rano od znajomych odbiera mnie niezastąpiony taksówkarz Dilesh i odwozi do hotelu. Wstaje dzień. Skonsternowana recepcjonistka myśli, że przyjechałam z lotniska i chce mnie meldować. Nie mieści jej się w głowie że ja, europejka w podróży służbowej, przykurzona, z rozmazanymi malunkami na czole przyjechałam właśnie po całonocnych modłach.
Wstaję w południe, zamawiam room service i z balkonu patrzę na ocean. Zen.


zwykły niezwykły dzień

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.