Mauritius!

by Gosia
0 comment

Mauritius? Serio? tam są jakieś biura? Przecież tu się lata na wakacje, lub – jak w samolocie dowiedział się Piotrek – na turnus odchudzający z Chodakowską.
Są biura, całkiem sporo i akurat w jednym z nich przez dwa tygodnie pracuję ciężko od rana do wieczora. O pracy napiszę przy innej okazji. Czas na wstęp logistyczno-geograficzny.

Mauritius leży na Oceanie Indyjskim, na prawo od Madagaskaru i przynależy do Afryki. Jestem więc po raz pierwsze na południe od równika i pierwszy raz w nie-arabskiej Afryce. Mniej więcej na wysokości Botswany.
Już sama tablica odlotów w Dubaju sprawiła że miałam gęsią skórkę – gdybym pomyliła gate’y mogłam z mojego terminalu trafić do samolotu do Brazaville albo Kabulu.
Żeby tu dolecieć z jedną przesiadką można wybrać połączenie przez Paryż (AF) albo Dubaj (Emirates). I czasowo i kosztowo bardziej opłaca się Dubaj, nawet mimo ponad pięciogodzinnej przerwy między lotami.
Podróż minęła mi luksusowo, biznes klasa w Emirates jest super, fotel rozkłada się do pełnego poziomu, a tak dobrego Bordeaux nie piłam chyba nigdy. Ciekawie prezentują się polskie stewardessy w mundurkach Emirates – ale że były ciemnowłose, jakoś pasowały do koncepcji. Business Lounge w Dubaju ma rozmiar całego terminalu na Okęciu – restauracje, bary, bufety, sala zabaw, strefa ciszy z odgrodzonymi łóżkami, strefa biznesowa… bardzo przyjemnie mi się tam czekało. Prosto z lounge’a można zjechać windą do rękawa prowadzącego do samolotu. Z Dubaju na Mauritius lata Airbus 380 który w klasie biznes ma nawet bar – z barmanem i hokerami. Nie skorzystałam, bo po porannym lądowaniu miałam w planach jeszcze kilka spotkań w biurze. Doleciałam w niezłym stanie, pospałam nawet kilka godzin w samolocie. Pilot oznajmił, że lądujemy pośród pól trzciny cukrowej, a z obu stron samolotu widać było ocean i góry.
Na lotnisku czekał na mnie kierowca z karteczką z moim nazwiskiem i butelką lodowatej wody. Szok termiczny nastąpił tuż za drzwiami lotniska. 30C i parno, wokół palmy, bezchmurne niebo… środek lata!
Jak się okazuje wcale nie – kwiecień to tutaj nasz październik i początek zimy. W nocy według moich tutejszych kolegów jest chłodno, w tym tygodniu nawet 24C! Zima z mojej perspektywy objawia się więc głównie tym, że o 18 robi się ciemno 🙂 A po ciemku na niebie na ma wielkiego wozu. Nigdy!

Mauritius to mała wyspa – jakieś 50x60km, zamieszkała przez 1,3mln ludzi. Większość stanowią potomkowie Hindusów (68%%) i Kreole (27%), 3% to Francuzi a 2%- Chińczycy. Ciekawie przedstawia się mieszanina wyznań – połowa mieszkańców to Hindu (w czterech różnych odmianach), 30% – chrześcijaństwo a 14% – islam. I wszystko działa doskonale – z moich obserwacji i delikatnego wybadania sytuacji wynika że nikt z nikim nie toczy żadnych wojen ani nawet dysput religijnych. W biurze dziewczyna w hidżabie siedzi obok Hinduski z kropką na czole, na kolacji część ekipy je tylko prawą ręką, część nie tknie alkoholu ani wieprzowiny a inni poszczą po odbytym wcześniej tego dnia religijnym rytuale. Takie miejsca w zestawieniu z naszymi obecnymi dysputami o muzułmańskich uchodźcach przywracają trochę wiary w możliwość koegzystencji w pełnej zgodzie i zrozumieniu.

Przyrodniczo jestem na razie zachwycona – jest woda, plaża z fotogenicznymi palmami, plantacje bananów, pola pełne trzciny cukrowej i wulkaniczne, strzeliste, porośnięte lasem i krzewami i pięknych kwiatach góry. O górskich wycieczkach będzie oddzielny wpis – przed nami do zdobycia korona wyspy!

Mieszkam w hotelu przy plaży na wschodnim wybrzeżu, w miejscowości Tamarin. Był jednym z trzech polecanych na moją podróż biznesową – i wszystkie zlokalizowane są przy plaży. W takim miejscu chyba nie wypada mieszkać w mieście. Plaża jest piaszczysta z wulkanicznymi kamyczkami, oddziela mnie od niej lokalna miejska droga i zagajnik, gdzie na ławeczkach mieszkańcy przesiadują od wschodu słońca. Wiem bo sama tam jestem o tej porze. W sobotę po południu coś a la ‘koło gospodyń hindu’ urządziło w zagajniku małą biesiadę i tańce.

Ponieważ jest zima, nie ma tłoku, na plaży jest cicho a w hotelu bardzo spokojnie. Moją główną bolączką są obecnie gryzące mnie w stopy komary. Bez paniki, nie ma ziko. Nie ma tu też węży, jadowitych pająków, kleszczy, krokodyli ani lwów. Dlatego bez lęku o świcie przechodzę przez rzekę na drugą stronę zatoki, z butami biegowymi w ręku, pobiegać po plaży we Flic-en-flac. Zaczął się weekend i poza-pracowe uciechy. Już prawie 22, czyli czas spać, żeby jutro od 6 rano, ze wschodem słońca zaliczyć trening. Jest to jedyna pora kiedy w ogóle da się biegać, a i tak zostawiam za sobą mokry ślad i potem cały dzień muszę uzupełniać płyny. Ciężkie życie w podróży służbowej.
O pracy, o górach, plaży i tutejszych smaczkach przeczytacie jeszcze w przyszłym tygodniu.

przed drzwiami
miejska plaża
z porannej przebieżki
z porannej przebieżki
góra na horyzoncie
młody tuńczyk

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.