Na zboczu wulkanu: weekend na Bali

by Gosia
0 comment

Jedną z wielu zalet mieszkania w Singapurze jest bez wątpienia bliskość kultowych turystycznych azjatyckich miejsc.
Masz ochotę na pad-thaja na rajskiej plaży? Półtorej godziny lotu i znajdziesz się na Krabi albo Phuket. A może dżungla na Borneo? To tylko godzina. Sajgon – niecałe trzy godziny. Do Kuala Lumpur nie zdążysz nawet przejrzeć gazety. A jakby bardzo chcieć, to bezpośrednim lotem do Katmandu dotrzemy w niespełnia 5 godzin.
My postanowiliśmy uciec od cywilizacji i na weekend zaszyć się w tropikalnym lesie na Bali. Prosto z pracy pojechaliśmy w piątek na lotnisko. Lecieliśmy tanimi azjatyckimi liniami – AirAsia, z bagażem podręcznym w postaci dwóch małych plecaków trekkingowych i toreb z komputerami. I w tą stronę też wszystko odbyło się ekspresowo – stempelek wyjazdowy w paszporcie to tylko formalność. Co ciekawe na lotnisku Changi nie ma kontroli bagażu pokładowego przed wejściem do gate’ów, ale dopiero w gate’ach. Tym samym nie ma nerwówki, że będzie kolejka do security – torby prześwietlają dopiero przed wejściem do poczekalni przy bramce.
Przed odlotem Piotrek namówił mnie na singapurską kawę, która występuje w kilkunastu odmianach, każda o innej nazwie i próżno szukać latte, cappucino czy americano.

img_0555

Wybrałam tradycyjną kopi – kawą z metalowej konewki zalana została odrobina skondensowanego, słodkiego mleka.
Pakowanie na wynos obejmowało nie tylko papierowy kubek z przykrywką, al
e specjalnie zwymiarowany woreczek foliowy. W zestawie do kawy zakupiliśmy też tosty z kaya – to dżem z kokosa i jajka. Tak – smakuje jak kogel-mogel.
I tak to nic w porównaniu do zestawu pani która zamawiała przed nami. W jednym kubku dostała kawę, w drugim – dwa surowe, świeżo wbite kurze jajka. Niestety zniknęła mi z oczu zanim zobaczyłam co z tym zrobiła. Może to śpiewaczka operowa?

Po 23:00 wylądowaliśmy na Bali. Lotnisko spowijał zapach kadzidełek, a tuż obok wznosiły się charakterystyczne mury buddyjskiej świątyni. Wypłaciliśmy parę milionów Indonezyjskich Rupii i znaleźliśmy naszego kierowcę, Made. Droga do Sarinbutana Eco Lodge zajęła blisko dwie godziny. Jechaliśmy na północny zachód, coraz węższymi drogami, aż w końcu drogę zastąpił szuter. Kiedy dojechaliśmy wszyscy już spali, więc do domku zaprowadził nas wąską ścieżką nasz kierowca, wręczywszy nam wcześniej duże latarki.

w salonie

w salonie

Nasza chatka stanowi część niewielkiego kompleksu – pięć domków ulokowane jest na zboczu wulkanu Batukaru (2 276m n.p.m), w tropikalnym lesie deszczowym. Ośrodek założyli kilkanaście lat temu europejczycy zauroczeni tym miejscem. W centralnym miejscu osady znajduje się niewielka restauracja, nieco poniżej – zaciszna altana, gdzie odbywają się masaże. Oprócz tego jest tu niewielki taras widokowy z leżakami, skąd przy ładnej pogodzie można dojrzeć położony kilkadziesiąt kilometrów na wschód i kilkaset metrów niżej Atlantyk.

widok z naszej chatki
kwiatki

Każda chatka jest odizolowana od pozostałych bujnym palmowym lasem, krzakami i kwiatami, których nazw nie zapamiętaliśmy. Po dziesięciu minutach spaceru stromymi omszałymi kamiennymi schodami w dół można zejść do wodospadu i kilku naturalnych baseników.

prysznic

prysznic

Na północy osady znajdują się tarasy ryżowe i niewielki ogród owocowo-warzywny. Całość ma być jak najbardziej ekologiczna, nawet mydło w łazience było biodegradowalne, pościel bambusowa, a do jedzenia mieliśmy w dużej mierze warzywa i owoce z ogródka. W chatce nie było też klimatyzacji, za to między ścianami a sufitem spore szpary zapewniały naturalną – i wydajną – wentylację. Przy okazji były też źródłem dostarczających mocnych wrażeń gości: jaszczurek, gigantycznych świerszczy i włochatych wielkich pękatych pająków, które chodziły i spadały z sufitu. Na szczęście wokół łóżka mieliśmy szczelny baldachim i w chwilach grozy szukaliśmy tam schronienia. W łazience po ścianie spacerowały tabuny mrówek, a prysznic braliśmy na naturlnej kamiennej posadzce na zewnątrz domku. Jeśli zdjęcia tego nie oddają, to podsumuję: raj na ziemi.

Co więcej, oprócz pary szukających sensu życia rosyjskich hipsterów (artystka i poszukiwacz sensu, nieźle im szło bo mieli wszystkie możliwe najnowsze sprzęty Apple’a, podejrzewamy że również bogatych rodziców), byliśmy tam sami. Według książki informacyjnej obsługę domków, kucharki, masażystki i ogrodnika zrekrutowano wśród mieszkańców pobliskiej wioski a potem odpowiednio przeszkolono. Wszyscy mówili po angielsku i byli bardzo, bardzo mili.

po śniadaniu

jak zdobyć panowanie nad światem…

Ponieważ w biblioteczce stało sporo książek o Bali postanowiliśmy się szybko dokształcić i jak zawsze my – spróbować zrozumieć jak tu się żyje. I tak wyczytaliśmy, że Bali jest najbardziej promowaną turystycznie wyspą Indonezji. Na powierzchni 5,6tys km mieszka 3,4 miliona ludzi, w większości balijczyków (tylko 10% to jawajczycy z sąsiedniej wyspy). 93% z nich wyznaje hinduizm, nie tak jak w całej Indonezji, gdzie dominuje islam. Korzenie hinduistyczne i relatywnie wysoka plenność ryżu pozwalają zamieszkującym wyspę rolnikom (85%) kultywować spokojne życie w swoich lokalnych wspólnotach. Ilość obrzędów, świąt i rytuałów jest nie do ogarnięcia, przy każdym domu znajduje się kapliczka-domek dla duchów a w każdej wiosce przez którą jechaliśmy – świątynia (i czasem jeszcze pomnik na rogatkach). Wszytko bardzo spójnie zaprojektowane i ozdobione mnóstwem płaskorzeźb, złoceń i roślinnych ornamentów. Na Bali wciąż funkcjonuje system kastowy, z dominującą kastą rolniczą.
I teraz uwaga, każda kasta ma zestaw kilku imion, które noszą wszyscy w kaście. Czyli mamy 3 miliony rolników o imionach z bardzo bardzo ograniczonej puli. Jak to działa? Pierwszy syn lub córka nazywa Wayan (rzadziej Putu), drugie dziecko to Made lub Kadek,  trzecie- Nyoman lub Komang a czwarte to Ketut. Jeśli rodzina ma więcej niż czworo, to piąte ma znów na imię Wayan, itd. Odlot.

kąpiel w rzece
jeziorko pod wodospadem
wracając z 'basenu'
tak rośnie ryż

A co robiliśmy na Bali? Przede wszystkim doskonale spaliśmy mimo bardzo głośnych świerszczy (cykad?), nocnych ptaków i ryków z lasu. I nawet mimo uderzających w okna palmowych liści. Jedliśmy pyszności z ogrodu, starannie wybierając z menu dania tradycyjnie balijskie i  lokalnych produktów. Kąpaliśmy się w wodospadzie. Odbyliśmy wycieczkę po ogrodzie z przewodnikiem, który pokazał nam gałkę muszkatałową, cynamon, ananasy, pak choi, korzenie imbiru i kurkumy, krzaki chilli i sporo drzew i krzewów które mamy czasami w naszych domach w doniczkach (difenbachie?). I swojskie pomidorki kokajlowe i bakłażany. Przeszliśmy też szkolenie kuchenne i nauczyliśmy się robić pastę chilli, z której potem zresztą zrobione było curry na naszą kolację. Piotrek śmiał się że zapłaciliśmy za to, że możemy sami zrobić kolację, za którą też zapłaciliśmy. Zachodnie kaprysy.

Gotujemy curry
ucieranie pasty
śniadanie
czosnek? nie, to snake fruit
eko-sałatka
kolacja balijska

A w czasie ulewy zafundowaliśmy sobie półtoragodzinny masaż w bambusowej altanie. Panie wiedziały co robią – moja wersja ‘hard’ była rzeczywiście mocna. Wieczorem na Piotrka czekała jeszcze niespodzianka – bananowo-kokosowy tort urodzinowy. Pani Wayan zaśpiewała nawet sto lat po angielsku 🙂
Poza tym każdą chwilę spędziliśmy pieczołowicie się relaksując i wylegując po ciężkim tygodniu pracy. W niedzielne popołudnie kontynuowaliśmy już na wschodzie wyspy – przenieśliśmy się do Sanur, kurortu dla 50-latków. który ma dwie przewagi nad dżunglą: jest nad oceanem i jest tylko pół godziny jazdy od lotniska. Bo przecież w poniedziałek rano trzeba było wrócić do pracy.

bar w basenie
na plaży w Sanur

Spacerując nadmorskim deptakiem trafiliśmy do knajpki w namiocie, gdzie prosto z rowerowego wózka-lodówki na grilla trafiły wybrane przez nas krewetki, ryby, kalmary i krab z porannego połowu. Jedliśmy na plastikowych zydelkach na plaży, wpatrując się w gwiazdy – inne niż u nas, bo to ta półkula do góry nogami.
W poniedziałek wstaliśmy po ciemku, zerknęliśmy ostatni raz na ocean i balijskie rzeźby i fontanny w hotelowym ogrodzie i popędziliśmy na lotnisko. Przed dziesiątą zyskaliśmy kolejną singapurską pieczątkę w paszporcie i po kilku chwilach stawiliśmy się w biurze.

Takie weekendy to ja rozumiem 🙂

Anturium
Bujny rozmaryn
Jak widać 🙂
Chilli
Imbir
i ryż

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.