Nasze wielkie, kamperowe wakacje

by Gosia
0 comment

To były naprawdę wyjątkowe wakacje. Pierwszy raz od dawna na tak długo, bo aż trzy tygodnie. Pierwszy raz do Chorwacji (technicznie drugi, bo byliśmy tutaj). Pierwszy raz kamperem.
To będzie długi wpis, więc podzieliłam go na sekcje. Jeśli interesują Was tylko przeżycia “kamperowe”, przewińcie do stosownego podpunktu.

Kamper – od początku

Kamper miał być kompromisem – między wakacjami rowerowymi z sakwami, gdzie każdego dnia śpi się w innym miejscu, a hotelem i wczasami all-inclusive (czy my to jeszcze kiedyś zrobimy??). Chcieliśmy zobaczyć nowe miejsca, jednocześnie odwiedzić stare kąty, móc zmieniać lokalizację, kiedy nam się zamarzy i nie musieć się co chwilę pakować i rozpakowywać.
Po auto wybraliśmy się w piątek po pracy do Lesznowoli – sam odbiór i szkolenie z obsługi wszystkich urządzeń to ok. półtorej godziny. Jest co obsługiwać – podłączenie prądu, pozbywanie się brudnej i nalewanie czystej wody, ogrzewanie i klimatyzacja postojowa (na gaz), lodówka z zamrażarką, podgrzewanie wody, wymiana toalety chemicznej, telewizja, roleta zewnętrzna… Wbrew pozorom nie jest to jednak jakoś strasznie skomplikowane -Piotrek wszystko ogarnął i wpadek nie było. Po prostu trzeba się nastawić na to, że pierwsze rozkładanie biwaku i pakowanie chwilę dłużej potrwa.

Wsiedliśmy i pojechaliśmy, udało się też zaparkować przy ulicy pod domem.

Pakowanie auta zajęło nam cały wieczór. Zapakowaliśmy pół domu, bo pogoda pod koniec maja nie rozpieszczała. Poza tym wykorzystaliśmy nasz wielki luk bagażowy, zabraliśmy do niego dwa duże rowery, wózek, przyczepkę thule, krzesełko do karmienia, wanienkę, dwa krzesła, stół, nosidło ze stelażem i trochę akcesoriów plażowo-piknikowych. Wszystko się przydało 🙂 Po kilku dniach Piotrek umiał już spakować luk w mniej niż kwadrans.
W środku mieliśmy mnóstwo skrytek, szafek i szuflad, tak że spokojnie zmieściły się wszystkie ubrania, zabawki Władka, kosmetyki, książki, pościel, ręczniki i spory zapas jedzenia. Naczynia były na wyposażeniu. W zamrażarce jechały zupy, więc Władek miał codziennie przynajmniej jeden zdrowy, domowy posiłek.

w luku bagażowym jadą gabaryty

W drodze

Wyruszyliśmy po śniadaniu, bez pośpiechu, z przystankiem w Rawie Mazowieckiej gdzie wysiadła moja Mama, dzięki której cały poprzedni dzień spędziliśmy na przygotowaniach do wyjazdu. Na pokład wjechały dwa koszyki truskawek i 30 wiejskich jajek 🙂
Właściwie nie byliśmy pewni, czy dojedziemy do Chorwacji, czy może na drugą stronę Adriatyku, ale na co byśmy się nie decydowali, trasa prowadziła przez Ostrawę i Wiedeń. Już kilka tygodni wcześniej, korzystając z grup caravaningowych i forów wytypowałam kilka kempingów po drodze, gdzie moglibyśmy się zatrzymać. Nie wiedzieliśmy, ile godzin Władek wytrzyma w foteliku (optymistycznie – godzinę po drzemce), a już na pewno nie chcieliśmy jechać nocami, bo odpoczynek był w planach od pierwszego dnia. Toteż pierwszy dłuższy postój na obiad i zwiedzanie placu zabaw zrobiliśmy już w Częstochowie 🙂 Kolejny, przed wieczorem przypadł w Ostrawie, gdzie trafiliśmy na typowe komunistyczne blokowisko z miłym placykiem dla Władka. Ruszyliśmy już po zmierzchu i korzystając z błogiego snu malucha dojechaliśmy w okolice Brna.

w wolnych chwilach Władek próbuje prowadzić kampera

Sprawdzałam wcześniej, czy recepcja jest czynna całą dobę, ale jakież było nasze zaskoczenie kiedy okazało się, że na kempingu trwa zlot harleyowców, a na scenie gra zespół metalowy! Dwa lata wcześniej pewnie rzucilibyśmy się do zabawy w tłumie podchmielonych Czechów, tym razem uciekaliśmy ile sił w nogach. Na szczęście po drugiej stronie jeziora był spokojny, kameralny kemping. Recepcja była zamknięta na cztery spusty, ale udało mi się otworzyć bramę i w środku nocy zaparkowaliśmy na pierwszym z brzegu wolnym miejscu.
Rano dokonaliśmy formalności, zjedliśmy śniadanie i wydaliśmy wszystkie korony, bo Władek postanowił zrzucić z lady pudełko słodko-kwaśnych długich żelków, w cenie 1zł/sztuka, a było ich 116… Kasjerka nie miała dla nas litości.
W słodko-kwaśnych nastrojach ruszyliśmy w kierunku Wiednia. Za dnia przypatrzyliśmy się malowniczemu zbiornikowim podzielonemu na kilka części długimi groblami. Jedną z takich grobli prowadziła droga krajowa.

W Wiedniu zameldowaliśmy się wcześnie i od razu pojechaliśmy pod ambasadę, zagłosować w wyborach do Europarlamentu. Musieliśmy czekać w długiej kolejce! Po wyborach pojechaliśmy na Prater gdzie wypakowaliśmy rowery i przyczepkę i pojeździliśmy po parku, wspominając jak kilka lat temu jechaliśmy tędy w czasie naszej wielkiej, dunajskiej wyprawy rowerowej.

w tle kolejka do sali głosowań, pod namiotem – mężowie zaufania

Sprawdziliśmy po raz setny prognozę pogody dla północnej Chorwacji i nie było wyjścia – trzeba było zmienić plany na najbliższe kilka dni, bo 15 stopni i deszcz nad morzem to nie to, po co się ucieka z nadbałtyckiego kraju. A gdzie jest dużo wody i ciepło? Nad Balatonem! Z Wiednia to jakieś trzy godziny jazdy. Kiedy Władek usnął, przeskoczyłam na fotel pilota i po chwili miałam już wytypowany fajny kemping na zachodnim brzegu największego jeziora Europy Centralnej.


Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.