Noc Konia we Wrocławiu

by Gosia
0 comment

Nie wierzę, a jednak stało się! Nic nie szło w tym biegu zgodnie z planem. Nawet planowania nie było zgodnie z planem – koncepcja jak to pobiec zmieniała się co najmniej pięć razy na 24h przed biegiem.

Szybko – w opór, i zobaczyć kiedy odpadnę – taka była wersja kamikaze, na sprawdzenie wytrzymałości.
Poprawić Warszawę (1:53:54), ale tak o 30 sekund – plan minimum, bo przecież dopiero co był Rzeźniczek, pasmo dokucza, po co się napinać.
Złamać 1:52 – bo to już taki fajny wynik, i średnią 5:18 miałam szansę wyciągnąć jeśli nie zacznę za ostro.
Nigdzie mi nie majaczył szaleńczy pomysł zrobienia celu na ten rok, poniżej 1:50. Bo tak szybko to ja jeszcze nie biegam.
Zapędy kamikadze ostudziła Aga, przypominając, że mam zacząć powoli. Bo w Warszawie szło dobrze do 11 kilometra, a potem jakby ktoś wyciągnął wtyczkę, był ból, jęki i bardzo niefotogeniczny grymas na ostatnich kilometrach.
Padło na plan 1:52.
Wystartowaliśmy o 21szej, po deszczu, w idealnej temperaturze 13C. Bez wiatru. Naładowani pizzą zjedzoną przezornie 5 godzin wcześniej. Wyspani do granic możliwości, przespacerowani, rozgrzani bo musieliśmy przebiec ponad półtora kilometra do startu przy stadionie olimpijskim. I natarłam się końską wcierką: jak szaleć – to szaleć.
Wiedziałam że będę biec sama i bez zająca, ale niespecjalnie mnie to martwiło. Lubię takie samotne biegi, jest czas na przemyślenia i nie ma ciśnienia że kogoś opóźniam, ani stresu że za kimś nie nadążam.

Start zaplanowano bardzo rozsądnie- zawodnicy z poszczególnych stref czasowym podchodzili kolejno do mety i ruszali w odstępach kilkudziesięciosekudnowych. Ja znalazłam się trochę na wyrost w strefie 1:40-1:50, towarzysząc Piotrkowi i Ani którzy celowali gdzieś w środek tego przedziału.

Ruszyliśmy! Zaczęłam za szybko więc zaczęłam się upominać i próbować przeprogramować na 10 sekund wolniej. I ani się obejrzałam trzy kilometry dalej zegarek pokazał średnie tempo 5:10. Znowu k… za szybko! Co Ty wyprawiasz?! -to już niestety powiedziałam do siebie na tyle głośno, że jakiś starszy pan biegnący obok spojrzał na mnie uważnie – z zainteresowaniem pomieszanym z przyganą. -Przepraszam, znowu za szybko zaczęłam i to się źle skończy – próbowałam się wytłumaczyć. – Niech pani tak nie przelicza. Sercem trzeba biec! – Pan się roześmiał i życzył mi powodzenia.
Tak, tylko taki bieg sercem w Warszawie skończył się marnie. Toteż skupiłam się na oddechu i naprawdę próbowałam zwolnić. Na piątym kilometrze pomyślałam, że skoro tak dobrze i równo idzie, to zrobię sobie życiówkę na dychę a potem zwolnię żeby średnia wyszła te 5:18. Zrobiłam życiówkę na dychę. Kiedy jednak wsuwając żel minęłam tablicę z napisem “Półmetek” a na zegarku było równo 55 i pół minuty i matematyka nie była tym razem trudna – podnieciłam się strasznie. Aż mi łzy poleciały z tej ekscytacji że nawet trochę zwalniając dam radę zrobić 1:52. Bo przecież zaraz energia się skończy. Żel był pyszny, kawowy, z puli tych sprawdzonych i na specjalne okazje. I cały czas lekko z górki. Do tego szeroko, żadnych zatorów, kibice szaleją. – Na 15km Gośka zwalniasz, co się głupio cieszysz jak już Ci się oddech kończy- znowu mówię do siebie. I jednocześnie robię szybką analizę stanu ciała. Stopy – nie bolą, łydki na luzie (ale fajne te skarpetki!). Uda – no ładnie dają radę, to pewnie po górach. Pośladki – czuję, ale przecież biegam bardziej z pośladka, więc takie kontrolowane zmęczenie materiału. I tak dalej. No nie było się do czego przyczepić. Czas? O cholera, przecież nie dodaję w pamięci tej minuty na końcówkę ponad 21km. A to przecież 200metrów aż! Dodałam. Na 14tym było picie więc się spokojnie napiłam, kalkulując że 7km w tempie 5:15 jest w zasięgu. I pobiegłam dalej po 5:10. Coś mi zaświtało przy 15tym, że przecież półmaraton nie ma 200, a 100 metrów na końcu. Kolejny kilometr zajęły mi mozolne obliczenia i tu już się mocno zestresowałam, bo okazało się że jak wytrzymam po 5:08, to… 1:50 robi się w zasięgu. Ale jak to wytrzymać skoro już nie mam siły, a końcówka miała być na luzie? Ale jak nie wytrzymać, skoro spełnienie marzeń jest jakieś 26 minut ode mnie? To mam się teraz poddać? Na wszelki wypadek odpaliłam kolejne czary mary czyli zrolowałam miednicę, bo tak mi się wydaje że odpoczywam. A po kolejnym oznaczeniu kilometrowym zaczęły się jęki, stęki, westchnienia, zaklęcia, prośby, groźby i cała ta walka, już znajoma.
Nie napiszę, że to była jakaś specjalna rzeźnia – bo nie była, zdarzało mi się cierpieć bardziej – bo z zaskoczenia. A tu wiedziałam że tak będzie, myślałam tylko o tym że pocierpię 20 minut a cieszyć się będę kolejny kwartał. Myślałam o zimnym piwie na mecie, i że Karola kibicuje, i że Piotrek z Anią są pewnie jakieś 600 metrów przede mną (dokładnie tak było). To było jak 20minutowy tunel, składający się z moich oddechów, rytmicznego biegu i myśli że może zaraz spełnię swoje marzenie. I że dam radę. Nic nie widziałam, nic nie słyszałam. No i kurczę – dałam radę! Na oparach co prawda, bo meta majaczyła tak niewyraźnie że nie wiedziałam czy zdążę na tych nogach z waty. Bolało już strasznie, ale potem okazało się że ostatni kilometr był tak szybki jak ostatnia piątka ursynowska.
Płakałam tak bardzo że nie tylko pan kombatant wieszający mi medal na szyi mnie przytulił, ale jeszcze zebrałam dziesiątki gratulacji od idących za metą razem ze mną zawodników i 2 piwa w prezencie. Musiałam wyglądać … dzielnie.
Co ciekawe – nie pamiętam zupełnie co było po trasie biegu. Poza mostami, na których wrocławianie świętowali dzień mostów – były animacje, muzyka, zabawa. I szpalery kibiców. Biegliśmy pod Sky Tower – ale zupełnie tego nie zauważyłam. Nie zauważyłam też kogoś z tacą kanapek, ani gwiazd – a Piotrek z Anią nie tylko to wszystko widzieli ale jeszcze sobie pogadali.

Moje obliczenia w większości się rozjeżdżały, bo co chwilę o czymś zapominałam. Ale może dobrze było zająć w ten sposób myśli.

Medal z krasnalem staje się tym samym moim najdroższym medalem. A ja poodpoczywam, nacieszę się tym przez najbliższe tygodnie, bo już nic nie muszę sobie biegowo udowadniać do jesieni.

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.