O historii i polityce społecznej

by Gosia
0 comment

Tytuł sugeruje, że to będzie bestseller, prawda? Tak już mam, że lubię wiedzieć jakie były losy miejsc które odwiedzam, a już najbardziej interesuje mnie jak tu się żyje obecnie. Pewnie dlatego, że zwykle robię przymiarki – co by było, gdybym się tu urodziła, albo teraz została na zawsze?
Historię Mauririusa poznaję głównie dzięki Dileshowi, mojemu tutejszemu taksówkarzowi. I pierwsza dygresja – na Mauritiusie nie ma korporacji taksówkarskich. Na przykład w hotelu recepcjonistka ma po prostu pod ręką numery na komórki kilku taksówkarzy. Każdy działa na własny rachunek, kupuje własny samochód (ale na potrzeby taxi – bez VATu) i przyjmuje zgłoszenia przez telefon. Nie ma centrali, więc Dilesh wozi klientów którzy wcześniej do niego zadzwonią. I jest naczelnym kierowcą biura Proximity – obsługuje kursy na lotnisko, ale przede wszystkim wieczorem, kiedy kończą pracę późno i autobusy już nie kursują (czyli po 19-tej) rozwozi moich kolegów i koleżanki do domów. Firma płaci. Tak więc codziennie rano Dilesh czeka na mnie przed wejściem do hotelu i zabiera mnie do biura. Podróż trwa jakieś pół godziny, więc mamy czas porozmawiać. A że zanim kupił toyotę, był pilotem wycieczek, opowiada ciekawie i jest kopalnią wiedzy o lokalnych zwyczajach, oraz plotek biurowych których nie będę przytaczać.
Mauritius został odkryty przez Portugalczyków w XVIw, a skolonizowany przez Holendrów w XVII. Podobno Portugalczycy nie widzieli sensu zakładania tu kolonii, wpadali za to na wyspę uzupełnić zapasy wody na statkach. Holendrzy przywieźli ze sobą jelenie i trzcinę cukrową i zaczęli ją uprawiać. Wcale nie dla gromadzenia zapasów cukru, ale produkcji rumu, tak by na statkach oprócz wody uzupełniać też niepsującą się wodę ognistą. Nazwali wyspę na cześć swojego księcia Maurycego. W międzyczasie ubili wszystkie ptaki dodo i wysłali do ojczyzny tony hebanu. Cyklony, choroby i nieurodzaj doprowadziły do opuszczenia wyspy przez Holendrów. W XVIII wieku Mauritius znalazł się pod panowaniem Francuzów, ale nie na długo – bo już w 1810 przybyli Brytyjczycy. I w 1835 roku znieśli niewolnictwo. Proklamowanie tego prawa przez żołnierzy brytyjskich po angielsku spotkało się z niezrozumieniem przez francusko-języcznych zbiegłych niewolników, którzy w obawie przed kolejnymi represjami z rąk nowych oprawców ukrywali sie na półwyspie le Morne, i zamiast oddać się w ręce wojska woleli rzucić się do morza…

072

w tle wspomniana góra

– Communication problems- podsumował tę historę Dilesh.
Od 1968 po wyprowadzce Brytyjczyków, Mauritius jest niepodległą republiką i radzi sobie bardzo dobrze na tle innych afrykańskich krajów. 16% udziału w eksporcie mają produkty trzciny cukrowej (Holendrzy mieli nosa!), ale najwięcej eksportuje się ryb i produktów rybnych, oprócz tego ubrań, głównie męskich t-shirtów i koszul i sprzętu telekomunikacyjnego. Bilans handlowy Mauritiusa jest ujemny – wyspa nie jest samowystarczalna. Co ciekawe, Mauritius importuje mrożone ryby. Dilesh twierdzi, że to dlatego, że większość świeżo złowionych ryb jest zakontraktowana – na eksport albo do hoteli i restauracji. Importują też mleko i produkty mleczne, nie ma tu krów ani świń (ani Hindusi ani Muzułmanie nie jedzą wieprzowiny), za to co rano słyszę gdzieś po sąsiedzku pianie kogutów. Drobiu w menu jest mnóstwo. Oprócz produktów spożywczych z zagranicy sprowadzane jest też paliwo i samochody. Z Polski Mauritius kupuje lodówki. Odbiorcą produktów z wyspy jest przede wszystkim Francja, Wielka Brytania, RPA i Stany. Import odbywa się głównie z Indii i Chin. Turystyka dostarcza przychodów w wysokości 2/3 przychodów z eksportu, a wyspę odwiedza rocznie ponad 100 000 osób – niedużo, ale też hotele są przeważnie dość luksusowe, a dolecieć tutaj jest jednak trudniej niż na Kanary.

Poczta pod drzewem banyan
lokalne tańce w hotelu

Mauritius pilnie strzeże swoich ziem, nie można tu po prostu przyjechać i kupić skrawka gruntu przy plaży albo domu. Jedyna opcja to zakup willi na zamkniętych osiedlach, z cenami zaczynającymi się od miliona euro. Taka inwestycja daje prawo zostania rezydentem.

Gdybyśmy chcieli zostać tu na dłużej niż 90 dni, musielibyśmy albo co trzy miesiące latać na francuską wysepkę Reunion, tak żeby dostać nowy stempelek w paszporcie (coś jak nasze Panie Ukrainki), albo zatrudnić się w jednej z lokalnych firm. A jest w czym wybierać. Mauritius to centrum serwisowe – swoje ‘offshory’ ulokowało tu ponad 9 000 firm. Wśród nich mnóstwo banków, których biurowce ze szkła i stali mijaliśmy kilka razy w dzielnicy biznesowej, nazwanej Cyber City. Oprócz banków jest też Accenture, Infosys, widziałam kilka afrykańskich linii lotniczych i firmy farmaceutyczne. I w takim właśnie ‘offszorze’ pracują moi koledzy i koleżanki z Proximity, ale nie w Cyber City (podobno drogo), ale w centrum trzeciego co do wielkości (70 000 mieszkańców!) miasta na wyspie – Quatre Bornes.

Bank w Cyber City
Moje biuro na dwa tygodnie
Widok z biurowego tarasu
Kolacja z moim zespołem

Dzięki niskim podatkom (15%, liniowy), i VATowi (też 15%), bezpłatnej służbie zdrowia, szkolnictwie (od przedszkola po uniwersytet), darmowym autobusom szkolnym, żyje się tu chyba całkiem nieźle. Jednym z najdroższych zakupów jest samochód – wszystkie są sprowadzane, większość z Japonii (kierownice po prawo) a cło to 100% wartości auta. Na mieszkanie moi znajomi wydają niewiele lub nic. Przed ślubem wszyscy mieszkają z rodzicami. Zresztą po co mieliby się wyprowadzać, skoro do pracy mają maksymalnie 30 kilometrów? Po ślubie dalej mieszkają z rodzicami, przeważnie chłopaka, dobudowując kolejne piętro do domu lub budując drugi dom na tej samej działce. Prawie nie ma tu bloków mieszkalnych, a i ilość ziemi na zakup własnej działki jest mocno ograniczona.
Spore połacie wyspy są w posiadaniu tzw. “francomauritians” – potomków kolonistów, którzy żyją w zamkniętych enklawach, nie integrują się z innymi kulturami, wysyłają dzieci do swoich szkół i wiążą się tylko z ‘białymi’. Mijaliśmy mnóstwo strzeżonych, zamkniętych willowych osiedli, gdzie za szlabanami stały zaparkowane przeróżne SUWy, a domy ogrodzono wysokim murem. Również kilka lokalnych gór jest otoczona przez “francomauritians” – ich posesje zagradzają drogę na szczyt, i tylko czasem przy okazji zawodów biegowych lub rowerowych ścieżki są udostępniane sportowcom i kibicom.
Dilesh nie wypowiadał się o nich z jakimś szczególnym uprzedzeniem – ot, byli tu pierwsi, zatrudniają dużo osób przy zbiorach trzciny cukrowej czy produkcji cukru lub rumu, nie są z nikim w konflikcie, więc tak ma być i już.
Dowiedzieliśmy się też, że mieszkańcy Mauritiusa są bardzo pracowici, również dlatego że nie mają tu żadnego zasiłku dla bezrobotnych. Jesteś zdrowy – masz pracować, nie pracujesz – nie jesz. Widzimy dookoła dużo sprzątających ulice, dosłownie codziennie zamiatają pobocza, uprzątają rowy, za to nie ma praktycznie żebraków. Być może taki system rzeczywiście działa. Kilka lat temu wiek emerytalny podwyższono z 60 do 65 lat. Zapytałam czy nikt nie protestował. ‘Ludzie byli trochę niezadowoleni i rozmawiali o tym między sobą, ale nie było strajków. My po prostu akceptujemy to co się dzieje i dostosowujemy się do zmian’, wytłumaczył Dilesh. Widocznie słońce, ciepło i szum fal łagodzą obyczaje!
Korzystam z dobrodziejstw wyspy ile się da. Pracujemy długo i przeważnie kończymy po 19-tej, po czym następuje grupowa lub indywidualna kolacja, toteż radość z bycia nad oceanem czerpię co rano albo biegając po plaży o wschodzie słońca (6 z minutami) albo medytując. Przyjemnie też popływać w hotelowym basenie przed snem, kiedy woda jest ciągle cieplejsza niż na pływalni w Wawie, a gwiazdy świecą jaśniej niż w Bieszczadach.
Od dzisiaj zaczynamy czterodniowy urlop, obiecuję więcej zdjęć!

Po to tu z grubsza jestem 😉

 

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.