O tym, jak zjadłam duriana

by Gosia
1 comment

Oto Durian, kultowy azjatycki owoc. Przez wielu uważany za rarytas, o bogatym śmietankowo-słodko-kwaśnym smaku. Według wielu innych na miano króla owoców durian nie zasługuje, a do tego zasmradza ulice, bazarki i stragany z jedzeniem. Durianowe cukierki, soki czy lody są standardowo kilka razy droższe od pozostałych, a szczelne opakowanie i tak nie chroni przed wydostawaniem się aromatu na zewnątrz. Ma specjalne miejsce w kulturze, o czym przekonaliśmy się na Singapurskim Festiwalu Filmowym. Oglądaliśmy 6 filmów krótkometrażowych nakręconych przez młodych singapurskich reżyserów. Dwa z nich opowiadały o zbieraniu lub konsumowaniu duriana.
Nie należę do bohaterów próbujących wszystkiego co się da, ale tutaj poczułam odwagę i ciekawość i postanowiłam spróbować owocu pachnącego starymi skarpetkami, wymiocinami i zgnilizną. W bohaterstwie pomógł mi Bartek, który żadnego smaku się nie boi, w Chinach zjadł stuletnie jajko i jajko z ugotowanym w środku pisklęciem, popija hinduskie dania słonym lassi a makaron od Chińczyka napojem w kolorze wody z kałuży.

Duriany namierzyliśmy w Chinatown, a nie było to specjalnie trudne, bo aromat unosił się na kilkadziesiąt metrów od straganu. Do wyboru mieliśmy podobno najlepszego Duriana typu ‘king’ i zwykłego duriana. Z uwagi na cenę i niskie mniemanie poziomie wysublimowania mojego podniebienia, postawiłam na standardowy owoc, wersję ‘king’ zostawiając sobie na bliżej nieokreśloną przyszłość.
Kupiliśmy najmniejszą możliwą ilość – jakieś sześć niedużych pestek otoczonych miąższem na styropianowej, zafoliowanej tacce. Jak się okazało (i co jest dosyć powszechne) konsumpcji można było dokonać na miejscu. Durianów nie wolno wozić w taksówce, metrze ani samolocie, żeby nie zepsuć dnia pozostałym pasażerom o wrażliwym powonieniu, więc nie bardzo mielibyśmy co z nim zrobić poza straganem.

powąchać, czy nie powąchać?
potem nie było mi już do śmiechu
czemu to tak śmierdzi?
szukając nuty śmietankowej

Przed konsumpcją pan wskazał nam foliowe rękawiczki, które ochoczo przywdzialiśmy, coby nie zasmrodzić sobie rąk i nie musieć wspominać naszego doświadczenia przez resztę dnia. Piotrek bohatersko fotografował degustację.
Przede wszystkim powstrzymałam się od wąchania, bo mogłoby to wydobyć kolejne zapachowe nuty nie do zniesienia. Konsystencja przypomina upieczony w łupinach czosnek albo przejrzałe awokado. Odnoszę wrażenie, że durian jest też dosyć tłusty, w każdym razie łatwo rozsmarowuje się na podniebieniu. Skórka otaczająca miąższ na zewnątrz ale i od strony gładkiej pestki jest napięta i jakby lekko przesuszona (jak w upieczonym czosnku), ale nie trzeba nic gryźć, za to wnętrze jest śliskie i miękkie.
Jak to smakuje? Jak porządnie sfermentowany najbardziej śmierdzący francuski serek, ale na słodko-kwaśno, zmiksowany z przejrzałym mango, jednak bez nuty fermentacji owocowej. Z lekka obrzydliwie. Ale skoro zapłacone (i to słono!) to przecież nie może się zmarnować 😉 trochę się tylko kłóciliśmy kto zje największy owoc, który został na koniec.
Po konsumpcji przepłukałam usta coca-colą, a Piotrek popatrzył na mnie z lekką odrazą i odmówił całowania.

I tak oto 27 listopada 2016 stał się dniem, w którym zjadłam Duriana.

 

Powiązane posty

1 comment

Singapur: Miasta w mieście – Gosia i Piotr 06/12/2016 - 07:09

[…] Azja […]

Reply

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.