Pierwszy tydzień bez żucia gumy

by Gosia
0 comment

Od 5 dni mieszkamy w Singapurze. W praktyce od czterech, bo niedziela jawi mi się gdzieś za mgłą niewyspania i zmęczenia podróżą, chociaż nie tracąc czasu wkrótce po przylocie przeszliśmy dobrych parę kilometrów zapoznając się z topografią centrum miasta.
Jesteśmy tu na dłużej niż standardowa podróż służbowa, co dotarło do mnie dosyć dobitnie kiedy pierwszy raz od wielu wyjazdów rzeczywiście rozpakowałam wszystkie bagaże, a na nocnej szafce ustawiłam w rządku 4 książki, z czego jedną przeczytałam jeszcze w samolocie 🙂

Spakowaliśmy się z rozmachem – dwa małe plecaki trekkingowe i dwie duże walizki, do tego walizka kabinowa i torby laptopowe – to nasz dobytek na najbliższe 5 tygodni.

Jak się nie śpi w samolotach, to 18 godzin (2 do Mediolanu + 3 czekając na przesiadkę + 12 do Singapuru) ciągnie się w nieskończoność, na szczęście przyjemnie i wygodnie – leżakując, oglądając filmy, zajadając smakołyki i czytając książki. Ewentualnie popatrując z zazdrością na śpiącego smacznie obok męża. Aha, no i jedzenie w Singapore Airlines jest jak dotąd najlepsze ze wszystkich biznesowych-samolotowych opcji, szczególnie posiłki, które można sobie wybrać z długiej listy jeszcze przed lotem.

Lotnisko w Singapurze jest świetnie zorganizowane – przejście z samolotu, odbiór bagażu, procedury wizowo-paszportowe – zajęły nam może kwadrans.  Przy wjeździe na mniej niż 90 dni nie potrzeba wizy, wystarczy wypełnić odpowiedni formularz który oddaliśmy w punkcie kontroli paszportowej i już po chwili uderzyła w nas fala gooooorącego wilgotnego powietrza.

Ponapawaliśmy się zielenią za oknem taksówki i po jakiś 30 minutach byliśmy w hotelu, a że była dopiero ósma rano, na pokój poczekaliśmy nad basenem. Obok nas szumiał hotelowy wodospad a mimo lokalizacji prawie w centrum miasta – śpiewały całe gromady ptaków. Podpatrzyłam nawet małego kolibra. Jest do zdecydowanie jeden z bardziej luksusowych hoteli w których mieszkałam, mamy wielki pokój z balkonem, z widokiem na ogród i czterdziestometrowy basen pod palmami.
Do dyspozycji mamy też siłownię, jacuzzi i sauny, na śniadanie można wybrać coś z kuchni chińskiej, japońskiej, tajskiej, hinduskiej (są naleśniki z jajkiem!), europejskiej, do tego oczywiście mix owoców, soków, jajka na wszystkie sposoby świata i smutno się przy tym prezentujące kiełbaski, zimne ryby i europejskie warzywa.

dom na najbliższe tygodnie
hotelowe storczyki

O jedzeniu będzie zresztą już tradycyjnie odrębny wpis.
Czując się jak zombie po krótkiej drzemce wyszliśmy na spacer. Opuszczenie klimatyzowanego hotelu jest jak wejście do sauny parowej – na zewnątrz nieprzerwanie 30C (w nocy spada do 28) i bardzo wilgotno. Trafiliśmy na porę deszczową – więc pada codziennie, o różnych porach i z różną intensywnością. Czasem grzmi. Deszcz jest tak ciepły, że kiedy raz ulewa złapała mnie gdy próbowałam biegać (w tej temperaturze można tylko próbować) – było to bardzo przyjemne lekkie schładzanie. Szkoda tylko, że potem przez dwa dni nie mogłam wysuszyć butów – na dworze jest za wilgotno i nic nie schnie. Nie ma sensu sprawdzanie prognozy – codziennie jest taka sama – gorąco i może popadać.

Piotrek był tutaj już dwa razy więc odgrywał rolę przewodnika, prowadząc mnie przez Orchard Road – centralną ulicę handlową wzdłuż której zlokalizowanych jest kilkanaście centrów handlowych i luksusowych sklepów, połączonych skomplikowanym systemem podziemnych przejść, ruchomych schodów i nadziemnych kładek. Można wejść i nie wychodzić przez cały dzień. Słuchając kolęd nadawanych przez zainstalowane wśród koron gigantycznych drzew głośniki i zajadając uliczne lody w kromce chleba tostowego doszliśmy do rzeki. Tutaj przysiedlismy w jednym z tak zwanych ‘hawker center’ czyli skupisk ulicznych straganów z jedzeniem. Nie wygląda to jednak jak w Tajlandii czy Kambodży – tu wszystki jest ładne, schludne i zadbane. …Co w sumie nie dziwi, jeśli uświadomić sobie że patrząc na GDP per capita (ppp) jesteśmy w trzecim najbogatszym państwie świata (po Katarze i Luksemburgu).

lodziarz
lody w chlebie tostowym

Jestem bardzo ciekawa zabytków Singapuru i tego jak wyglądają pozostałe dzielnice – Chinatown, Little India, Arab Street – czy wszystko będzie tak samo eleganckie i poukładane? Czy w ogóle są tu jakieś prawdziwe zabytki?

Za nami już pierwszy tydzień w pracy. Piotrek spędził go w większości w biurze. Ja w poniedziałki i wtorki zaczynam o 15-tej i kończę po 23-ciej, żeby mieć możliwość działania z polskim, genewskim i paryskim zespołem.
Dzięki temu przedpołudnia upłynęły mi na sportowo – biegałam w ogrodzie botanicznym, pływałam i opalałam się pod palmą. Zrobiłam też mały rekonesans obiadowy- spożywczaki są piekielnie drogie, za to gotowe posiłki w centrach handlowych można kupić w cenach złoto-tarasowych. Ryż jem co najmniej dwa razy dziennie 🙂

Środy, czwartki i piątki zamierzam spędzać w biurze, które wygląda jak każde nasze biuro na świecie z kilkoma ciekawymi lokalnymi wyjątkami, o których też napiszę oddzielnie.

Tak, sama sobie zazdroszczę i codziennie przesiaduję ile się da na dworze – w ciepełku. I obiecałam sobie że nawet raz nie będę marudzić, że jest za gorąco.

A o tym dlaczego nie żujemy gumy i o całym mnóstwie innych lokalnych ciekawostek postaram się napisać już niedługo.

Na początek: kwiaciarnia.

kwiaciarnia

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.