pociągiem, statkiem i rowerem przez Chiny

by Gosia
0 comment

Co robić w weekend w Chinach? Zastanawialiśmy się nad tym dosyć długo i w zasadzie wszystko było już uzgodnione – mieliśmy lecieć do Pekinu, zobaczyć mur i zakazane miasto. Potem sprawdziłam grudniowe temperatury w Pekinie i okazało się, że tylko dla tej wycieczki musielibyśmy zabierać zimowe ubrania. A potem zgodnie doszliśmy do wniosku, że lepiej jednak pobyć bliżej natury. Smog tylko utwierdził nas w tym przekonaniu.
Z Guangzhou nie chcieliśmy nigdzie lecieć – lotów mamy i tak pod dostatkiem. Gdzie można się dostać pociągiem w piątek po pracy, żeby było ładnie i ciekawie? Do Guilin, 450km na północny wschód. A stamtąd obowiązkowo wybrać się na rejs rzeką Li do Yangshuo, jak miliony Chińczyków obejrzeć przepiękne krasowe góry.
Googlam więc stronę kolei chińskich… wróć. Google nie działa. Szukam w bingu, ale trafiam na samych pośredników sprzedaży biletów. To nie może być trudne. Nie… jednak jest. Idę w takim razie do hotelowego concierge’a i tłumaczę, że chcę dojechać z Guangzhou do Guilin w piątek po pracy i wrócić w niedzielę wieczorem. Okazuje się, że w niedzielę ostatnie dostępne bilety są na… 12.30. Wracam do pokoju niepocieszona. Piotrek zabiera się za szukanie biletów z tutejszym kolegą. Znajdują pociąg powrotny o 20.44 na który zostały…2 bilety. Próbują je kupić. Dane z paszportów, adres zamieszkania tu i w miejscu docelowym. Okazuje się, że bilety muszą być wysłane pocztą, oddzielnie do każdego z nas, na adres zameldowania w Chinach. Nie mamy takiego. Wracam do concierge’a, już z numerem pociągu na który sami znaleźliśmy bilety. Dzwoni gdzieś, po każdy bilet oddzielnie, potwierdza, że zakłada rezerwację, kseruje nasze paszporty. Płacę opłatę manipulacyjną za każdy bilet. Ostatecznie, po trzech godzinach, kurier przywozi bilety do hotelu.

139

Chiński pociąg – rozpędzał się do 250km/h

Dworzec południowy, z którego startujemy oddalony jest od hotelu 21km. Jedziemy obwodnicą miasta, a powietrze które wpada do taksówki przez uchylone okna przypomina nam dobitnie dlaczego jedziemy na wieś. Dworzec jest rozmiarów lotniska. Wpadamy dziesięć minut przed odjazdem pociągu kiedy okazuje się, że przed nami kontrola bezpieczeństwa (jak na lotniksu) i check-in. Żeby dostać się na jeden z 30 peronów, musimy pokazać bilet, a na samym peronie czekają tylko osoby odprawione na konkretny pociąg. Podjeżdża chińskie pendolino – wygodne, czyste i ciche. Co parę minut każdy przedział jest sprzątany. Czemu? Bo taki tu panuje zwyczaj, że sporo się śmieci prosto pod nogi – łupinki orzechów, pokruszony makaron z zupki chińskiej, folijki w które zapakowane są ciasteczka (mają tu manię pakowania wszystkiego parę razy)… panie ze zmiotkami uwijają się przez całą drogę. W menu dzięki tłumaczowi w telefonie znajdujemy piwo i idziemy do Warsu – nie ma stoliczków, jest tylko kiosk, ale dość dobrze wyposażony. Po drodze mijamy wagon – marzenie każdego podróżnego. Jedzie w nim kilkadziesiąt starszych pań, wszystkie z identycznymi walizkami, wszystkie jedzą wielkie litrowe zupki chińskie z plastikowych pudełek. W każdym przedziale jest wrzątek i można sobie zalać zupkę w dowolnej chwili. Feria zapachów to jedno, ale ten gwar przekrzykujących się pań! u nas jest względnie spokojnie, czytamy China daily i planujemy nasz krótki pobyt na miejscu. Za pośrednictwem właścicielki pensjonatu gdzie spędzimy noc z soboty na niedzielę zarezerwowaliśmy największą lokalną atrakcję – rejs statkiem wycieczkowym z Guilin do Yangshuo, 57 kilometrów po rzece Li.  Setki lokalnych biur oferują takie wycieczki i można się pogubić przeglądając ogłoszenia. Na końcu okazuje się, że wszyscy płyną na jednym z trzech typów statków, z których jeden oferuje pierwszą i drugą klasę a wszystkie ceny są z góry ustalone. Jedyne co potencjalnie można przepłacić to dojazd do portu, oddalonego o kilkanaście minut od centrum miasta. System zadziałał, mimo moich obaw. O 8.15 w hallu pojawił się nasz kierowca, który nie mówił zupełnie po angielsku, ale miał na kartce moje imię. Wsiedliśmy do Vana i zajęliśmy ostatnie dwa wolne miejsca. Wszyscy towarzyszący nam Chińczycy byli bardzo elegancko ubrani – panie miały nawet perły i kapelusze, do tego pełen makijaż.
Przedarliśmy się przez miasto lawirując między tysiącami skuterów i motorków, wszyscy którzy je prowadzili byli od przodu przykryci płachtami, w maseczkach na twarzach i często w okularach. Smog w Guilin okazał się o wiele gorszy niż w Guangzhou. Kierowca wysadził nas gdzieś przy ulicy skąd po minucie zabrał nas duży wycieczkowy autokar. Tu też 100% miejsc zajęte. Pani pilot mówiła co jakiś czas kilka zdań po angielsku. W porcie przydzieliła nas do innej grupki, i to już była grupa około 60 osób które popłynęły z nami statkiem. Oprócz nas po angielsku mówiła czwórka Hindusów i tyle o ile pani pilot na statku.
O 9.30 z Guilin do Yangshuo startuje kilkadziesiąt statków, na każdym kilkadziesiąt-kilkaset osób. Co ciekawe – wracają puste, nie da się kupić biletu.

_dsf0670

Flotylla z Guilin

Wsiedliśmy i zajęliśmy miejsca przy oknie, naprzeciwko siebie. Po chwili podeszła pilot i powiedziała, że na rodzinę przysługuje jedno miejsce przy oknie, żeby każda rodzina mogła się powymieniać. W sumie ma to sens. Zaraz po starcie pani uruchomiła nagłośnienie i przez całą drogę opowiadała po chińsku co widać za oknem. Było bardzo głośno. Schronienia przed atakującym dźwiękiem szukaliśmy na górnym pokładzie widokowym, ale tam też był głośnik. Mikrofon na chwilę przejął też pan wyglądający jak nauczyciel geografii, wyciągnął planszę i wskaźnikiem pokazywał jak woda żłobi niesamowite formacje skalne które mijaliśmy. Pełen profesjonalizm, a zasób informacji które oboje przekazywali jest pewnie bardzo szeroki. W wersji dla obcokrajowców opisy były dość podstawowe:
– Teraz mijamy górę która wygląda jak wielbłąd. Nazywa się wielbłąd.
– Po prawo widzicie górę w kształcie jabłka. Nazywa się jabłko. To największe jabłko na świecie.
I przez większość rejsu staliśmy na zewnątrz i podziwialiśmy krajobraz – ciężko było oderwać wzrok od przepięknych gór gdzieniegdzie odsłaniających nagie wapienne skały, czy brzegów meandrującej rzeki porośniętych bambusami. Co jakiś czas obok nas przemykały bambusowe lub częściej – plastikowe – tratwy z podwójnymi fotelami dla pasażerów. Jedna z nich wiozła kosze owoców a flisak (można tak go nazwać?) bardzo sprawnie przybił do naszego szybko płynącego statku i zaczął sprzedawać owoce pasażerom.

063

słynny zakręt rzeki na banknocie 20-yuanowym

_dsf0718

lotny sprzedawca owoców

032

płyniemy, podziwiamy, kaowiec nadaje przez głośnik

Kiedy krajobraz na chwilę stał się monotonny, podano pudełkowy lunch, całkiem zjadliwy mimo wielu ostrzeżeń, które czytaliśmy w sieci (nawet pani z pensjonatu ostrzegała że będzie niedobre).
Na początku rejsu można było się też zapisać na dodatkowo płatną sesję fotograficzną do kalendarza. Rejsowy fotograf w kultowych punktach widokowych fotografował rodziny które się zgłosiły i oczywiście przywoływał je z użyciem swojego przenośnego głośnika.

Do Yangshuo dopłynęliśmy po czternastej, a w porcie czekał na nas kierowca z pensjonatu, który też nie mówił po angielsku, ale pokazałam mu zdjęcie naszego hoteliku i potwierdził że
jest stamtąd. Przejechaliśmy przez głośne i rozkopane, turystyczne miasto Yanshuo i znaleźliśmy się we wsi, z pięknym widokiem na góry, w pobliżu rzeki Yulong.
Wybraliśmy akurat ten pensjonat bo w recenzjach kilka osób wspominało że ma niezłe rowery do wypożyczenia, a wzdłuż rzeki Yulong ciągną się spokojne, wiejskie drogi, jest kilka malowniczych mostków, trochę polnych ścieżek – po prostu raj dla rowerzystów. Erica, właścicielka pensjonatu od razu zaproponowała parę tras na popołudnie i następny dzień, dała nam rowery, blokadę i mapę. Zresztą i przy organizacji rejsu, rowerów, transportu na pociąg, wspinaczki dla Piotrka czy wreszcie nocnej sobotniej ‘atrakcji’ była nieoceniona – wszystko było możliwe, po kilku telefonach precyzowała godzinę odjazdu, tłumaczyła co warto zobaczyć, gdzie się zatrzymać i na którą górę wejść.
Wiatr we włosach, szum gum na betonowej wąskiej drodze i takie widoki cały czas! To był fantastyczny dzień, pełen podglądania lokalnego wiejskiego życia z siodełka roweru.

_dsf0760

jest rower, jest uśmiech

_dsf0813

_dsf0773

tratwy do wynajęcia

_dsf0808

Dragon Bridge

_dsf0851

nad rzeką Yulong

Należy chyba zapomnieć o wyobrażeniach chińskiej prowincji pełnej rowerzystów i kobiet w kapeluszach pracujących na polu ryżowym otaczającym bambusową chatkę 😉 Domy we wsiach są piętrowe i murowane, a więcej niż rowerów widziałam elektrycznych skuterów w ciekawych kolorach, często z daszkami i parasolkami. Panie dalej noszą dzieci w chustach na plecach. W niedzielę rano sporo z nich w ciepłych papuciach i piżamach frotte we wzorek tygrysa lub zebry szło do sąsiadki na plotki z kawą w termicznym kubku. Przed domami, na betonowej wylewce przygotowywany jest obiad – starsze panie tasakami siekały dynie (na oko piżmowe), słodkie ziemniaki do gotowania na parze i mięso (wierzę, że wieprzowinę). Na balkonach i w altanach pod domami rozciągnięte są sznurki na których suszy się kiełbasa, żeberka, szyjki, łapki i inne frykasy. Czasem obok suszy się pranie. Sporo pań prało w rzece, mają tu nawet takie wybetonowane podesty, żeby łatwiej było podejść do prania.

_dsf0797

panie kroją coś na dachu

_dsf0789

suszone mięso tuż przy drodze

_dsf0802

pranie

_dsf0819

ciężki ładunek i częsty widok

Wygląda na to, że przydomowe ogródki podlewa się raczej wiaderkiem niż szlauchem, a po dwa wiadra na bambusowej tyczce opartej na plecach noszą przygarbieni staruszkowie. W ogródkach rośnie sałata i rzepa, w sadach – mandarynki a na polach rósł ryż, ale teraz to chyba nie sezon bo był zebrany. Okolica jest turystyczna i widać sporo rozpoczętych budów – obstawiam, że to pensjonaty i hotele. Im bliżej to jakiejś ciekawej góry lub atrakcji turystycznej, tym więcej widać meleksów, skuterów, rowerów rodzinnych i tandemów. Im dalej – tym częściej ktoś mnie pozdrawiał czy to machnięciem ręki, czy krzykniętym w biegu ‘helloł’. Gdybym wiedziała co tam sprzedają prosto z ustawionych na ogniu kotłów, chętnie bym spróbowała, ale po jednym z obrazków wydawało się to jednak ryzykowne.

_dsf0852

ta świnka ma paluszki!

_dsf0788

warzywniak

Przed obiadem udało mi się hen na skale wypatrzeć… wspinającego się Piotrka! Zupełnie przypadkiem zabrał tu ze sobą buty, uprząż i magnezję, i przypadkiem na nasze pensjonatowe podwórko w niedziele rano zawitała na skuterku trenerka wspinaczki.

_dsf0821

niebieskie spodnie, biała koszulka – widać?

A na koniec pobytu pojechaliśmy już wspólnie pod górę Moon Hill i na nią weszliśmy – 200 metrów w górę po kamiennych schodach. Na szczycie czatowały staruszki z koszami z których sprzedawały wodę i coca-colę – jak one się tam wdrapały z takim obciążeniem??

_dsf0849

Moon Hill

 

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.