Podróż poślubna – dzień pierwszy

by Gosia
1 comment

I oto jesteśmy w San Francisco. Po zdecydowanie za długiej podróży: 1,5h do Monachium, 4 godziny czekania (nasz samolot docelowy miał zderzenie z ptakiem i podstawili nam inny) i 11,5h do miejsca przeznaczenia. Dotarliśmy o tutejszej 21:30 czyli polskiej 6:30. Konsekwentnie traciłam przytomność w kolejce do centrum miasta. Dzień zaczął się wcześnie i już o 9.00 maszerowaliśmy podziwiać atrakcje. A jest co – wygląda na to, że to miasto zupełnie niestandardowe: bardzo strome ulice, zatoka, olbrzymie mosty i mnóstwo kwiatów – czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy.

Piotrek robił zdjęcia na każdym kroku i musiałam go siłą ściągać z przejść dla pieszych na których zatrzymywał się żeby sfotografować widok w dól lub w górę.
Spacerem z Union Square tuż obok którego jest nasz hotel dotarliśmy najpierw do przystani promowej a potem do Pieru 39 – pełnego restauracji (wśród nich Bubba Gump Shrimp!

Po drodze niestety okazało się, że nie uda nam się popłynąć na wyspę gdzie znajduje się więzienie Alcatraz (doskonale zresztą widoczne z nabrzeża). Wolne miejsca są dopiero w sobotę – a w sobotę to my nawet nie wiemy, gdzie będziemy.

Piotrek zauważył wypożyczalnię rowerów i już po chwili pedałowaliśmy w stronę Golden Gate Bridge – chyba najbardziej rozpoznawalnego symbolu miasta. Sam most, jak większość budowli w Stanach jest większy niż przeciętny mieszkaniec kraju o kilkukrotnie wyższej gęstości zaludnienia to sobie wyobraża. Przystanęliśmy nieopodal na bardziej zielonym (a jakże) niż u nas trawniku gdzie miała miejsce kolejna tego dnia sesja zdjęciowa. Niestety ponieważ wiało niewyobrażalnie, i to w twarz, zrezygnowaliśmy z przejazdu przez sam most rowerami.

Lombard Street

Po powrocie, pieszo, wspięliśmy się do miejsca gdzie niesamowicie stroma i pokręcona Lombard Street – kolejny znany symbol miasta – kończy serpentynować. Chyba każdy kto wypożycza samochód w SF musi nią zjechać i każdy musi jej zrobić zdjęcie. Weszliśmy schodami na górę i odczekaliśmy jakieś 60minut z nadzieją, że uda nam się wrócić Cable Car’em (taki tramwaj bez kabli na górze za to z linką w szynach która go ciągnie). Przejażdżkę udało nam się odbyć wieczorem.

Dzień zakończyliśmy w bardzo tradycyjny sposób – jedząc hamburgery w restauracji na rogu. Była to jedna z bardziej amerykańskich restauracji jakie widziałam – w środku stał cadillac, burgery były standardowo wielkie a Piotrek za 50c kupił w szafie grającej piosenkę “When I was seventeen” Franka Sinatry.

Plan na jutro – degustacja win w okolicach Napa, zakupy w outlet center (!) i dojazd nad jezioro Tahoe.
See you later! Fotki na facebooku.

Powiązane posty

1 comment

Sofka 30/08/2010 - 11:04

Właśnie wróciłam z Lizbony i nadrabiam zaległosci blogowe, ten Wasz blog wprowadza mnie w stan ukojenia 🙂
A dolinę Napa i piosenkę “When I was seventeen” znam z Seksu w wiielkim mieście- ale mam punkt odniesienia 😀
Buziaki i dużo siły na następne wojaże!

Reply

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.