Projekt Wisła, dzień 2: Goczałkowice Zdrój – Kraków, 110km

by Gosia
0 comment

[KGVID width=”640″ height=”360″]http://blog.hajski.com/wp-content/uploads/2015/04/156.mov[/KGVID]
Jak to zrobić, żeby po weekendzie czuć się jak po tygodniowych wakacjach? Przejechać 2 dni na rowerze! Paść jak mucha po małym piwie, spać jak zabita i obudzić się wcześnie pełna energii, zaplanować trasę przy śniadaniu, spakować sakwy, owsiankę na drugie śniadanie… to jest to co mnie trzyma przy życiu w zimie. I można to poczuć już na weekendowym wyjeździe 🙂

Podejrzewałam że pensjonariusze sanatoryjni to ranne ptaszki, ale to nas głód obudził wcześniej i kazał zameldować się jako pierwsi na śniadaniu w Willi Anna. Wyjątkowo sprawnie uwinęliśmy się z porannymi przygotowaniami i wystartowaliśmy kiedy było jeszcze całkiem rześko. Pierwszy punkt na dziś – Pszczyna – wprawiła nas w osłupienie. Jakie to jest piękne i zadbane miasteczko! Pełno zieleni, kwiatów, odnowionych kamieniczek. Gigantyczny park tonący w kwiatach. A w parku akurat przygotowywano start biegu (przez chwilę zaczęłam się zastanawiać czy 5km w conversach jakoś zaszkodzi moim kolanom). Niestety, a może na szczęście – bieg był dla młodzieży, wg ogólno przyjętej klasyfikacji wiekowej. Jakbyśmy nie kombinowali i jak młodo się nie czuli – nie tym razem.

Pszczyna - podobno trójkątny rynek

Pszczyna – podobno trójkątny rynek

Pszczyna

Pszczyna – skansen

Po rundzie honorowej wokół rynku, kierując się licznymi i różnymi znakami rowerowymi wylądowaliśmy na drodze do Oświęcimia. To chyba nie był oficjalny szlak rowerowy, ale też znaki po prostu przestały się pojawiać więc tak do końca nie wiadomo. Przy umiarkowanym ruchu i wciąż na świeżych nogach (ach te jajka sadzone na śniadanie!) przejechaliśmy odcinek Pszczyna-Oświęcim z pewnością szybciej niż zajęłoby to obserwowanym ubiegłej nocy pociągom Kolei Śląskich. Oświęcimski rynek nie był już tak urokliwy jak pszczyński, a infrastruktura rowerowa pozostawiała pewien niedosyt… Doskonale gładka ścieżka wzdłuż rzeki, z oznaczeniami do zamku kończyła się rzeczywiście pod zamkiem, ale trzeba było rower wrzucić na plecy i dosłownie wspinać się po skarpie. Pokrzepieni lodami pochyliliśmy się nad mapą, bo nasze znaki rowerowe za Goczałkowicami przestały być wiarygodne, a sama mapa nie do końca jasno wskazywała czy jest przejazd przez Wisłę i jej kanał, czy nie. Życie zweryfikowało te nieścisłości.

czyli skrótu nie będzie...

czyli skrótu nie będzie…

O ile do tej pory zastanawialiśmy się jak wygląda Wiślana Trasa Rowerowa, gdzieś na wysokości Zatoru stwierdziliśmy że chyba w ogóle nie istnieje. Wytrzęsło nas potężnie, poćwiczyliśmy drift na żwirze, przedarliśmy się przez porośnięty trawą wał by z ulgą powitać lokalne wiejskie asfaltowe drogi i przyjaźnie kierowani przez miejscowych porzuciliśmy pomysł szukania szlaku – dalej pojechaliśmy zdani na mapę drogową, zdrowy rozsądek, google maps i moje zdolności nawigacyjne (to ostatnie oczywiście najważniejsze!). Warto było błądzić – przejazd groblą  między stawami hodowlanymi wśród latających mew i ornitologów przypominał deltę Dunaju, a gdzieś na końcu świata trafiliśmy na zawody w oraniu pola. New Hollandy prawie wzbijały się w powietrze, a na pewno wzbijały tumany kurzu, ptaki szalały, a krety uciekały w popłochu. Wyglądało to trochę jak zawody monster trucków.

133

 

zawody traktorzystów

zawody traktorzystów

Trochę niepotrzebnie martwiliśmy się że za późno dojedziemy do Krakowa. Po przedarciu się przez polne drogi jechało się w zasadzie bardzo przyjemnie, a na pewno mniej boleśnie niż po dziurach. Za to suma przewyższeń chyba przekroczyła wczorajszy, teoretycznie górski fragment. Co chwilę a to podjeżdżaliśmy, a to zjeżdżaliśmy w dolinę Wisły. Momentami było nawet widać ośnieżone Tatry. A podobno w Warszawie padało?

widok na dolinę Wisły

widok na dolinę Wisły – Czernichów

141

Sobieski szedł?

128

i jeszcze jeden most…

 

Kiedy Jacek zakomunikował że za nami już 100km, a byliśmy akurat na idealnie gładkiej ścieżce na wlocie do Krakowa – nad samą Wisłą – trochę przycisnęliśmy wyprzedzając wszystkich Krakowian. Majestatyczny przejazd bulwarami wiślanymi był jak wisienka na torcie, a słynna krakowska maczanka – na pewno idealnie uzupełniła glikogen i odbudowała mięśnie.
Tak pokrzepieni wylądowaliśmy na rynku, i wtedy lunął deszcz. Sącząc niskoprocentowe trunki obserwowaliśmy niedzielnych spacerowiczów.

 

Ale się cieszę że takich weekendów przed nami jeszcze cztery! Kolejny etap: Kraków – Sandomierz już maju 🙂

154

148

PS: O ile w EIC mój rower wisiał sobie stabilnie, bezpiecznie i nie tarasując przejścia, to w Pendolinie ktoś tego chyba nie przemyślał – nie dość że miejsc rowerowych jest na cały pociąg cztery (!) to jeszcze rowery majtają się na wszystkie strony i zajmują pół korytarza. A jeśli mają się nie majtać, to dolny uchwyt skutecznie klinuje pół supportu i serce się kraje jak pomyśleć, że taka przejażdżka może mi uszkodzić rower. Postaramy się unikać na przyszłość.

Powiązane posty

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.