Projekt Wisła: etap 3 – Tarnobrzeg-Warszawa, 290km

by Gosia
4 komentarze

W natłoku wyjazdów biegowych zabrakło nam czerwcowych weekendów na wiślaną wyprawę. Za to w lipcu nadrabiamy zaległości największą dotychczas grupą. Do piątkowego TLK do Tarnobrzega zapakowała się nas tym razem aż czwórka!

W TLK tym razem bez zaskoczenia – nie ma wagonu rowerowego i próżno szukać jakichkolwiek miejsc na rower. Ładujemy się do ostatniego przedziału w ostatnim wagonie. Warto sprawdzić czy pociąg po drodze nie jest przepinany – nasz był i ostatni wagon w Lublinie stał się pierwszym, więc rowery mogły jechać dalej bez przeładunku. Oprócz naszych czterech, na Wschodnim dołączyły jeszcze dwa dla których miejsce znalazło się już tylko w toalecie.
Nie obyło się bez opóźnień, do Tarnobrzega dotarliśmy po… pięciu godzinach. Tym samym plan na przepłynięcie promem i dojazd do Sandomierza przez wioski legł w gruzach. Oświetliliśmy się i zawinęliśmy w odblaski i ruszyliśmy ‘główną’ drogą. I wcale nie było źle, bo chociaż żaden serwis informacyjny o tym nie wspomina, między Tarnobrzegiem a Sandomierzem jest przez prawie całą trasę piękna ścieżka rowerowa! Do naszych gospodarzy przy Tatarskiej 7 dojechaliśmy całkiem szybko, bo przecież nie ma to jak nocna jazda. Okazało się, że pokój wygląda o klasę lepiej niż na zdjęciach, a do Rynku mamy 5 minut spaceru. Zjedlismy co było o tej porze otwarte i wcześnie poszliśmy spać. Czekała nas długa sobota.

Od rana słońce ochoczo przygrzewało. Aż szkoda było opuszczać taki miły, ciekawie udekorowany ogródek. Zjedliśmy szybkie śniadanie z widokiem na zamek i po raz pierwszy w historii moich rowerowych wypraw – ruszyliśmy o ósmej!

rowery w TLK
ciekawe dekoracje ogrodowe
żarówa od rana

Czekał nas najdłuższy dotychczas etap – prawie 140km do Dęblina. Podzieliłam go sobie w głowie na mniejsze odcinki, bo inaczej perspektywa jazdy przez 7h w ponad trzydziestostopniowym upale nie rysowała się zbyt różowo. Po krótkiej dyskusji nad mapą zdecydowaliśmy się na wariant najprostszy, bez kombinowania dróżkami których nawierzchni nie jesteśmy pewni. Najpierw prom w Zawichoście. Od rana było wesoło – promowy, pan Krzysztof był akurat na zakupach (imieninowych?) i bardzo ochoczo zbiegał ze wzgórza żebyśmy się przypadkiem nie rozmyślili. Na swoim promie miał małe muzeum osobliwości – stare plakaty wojenne, kolekcja monet, zardzewiałe żelazko, moździerz. Ale i bardziej współcześnie – rower i grill. Całości wystroju dopełniały gustowne pelargonie podwieszone w białych doniczkach. Na czas przeprawy dostaliśmy nawet kapitańskie czapki!
Z Zawichostu pojechalismy przez Józefów do Kazimierza. Bardzo sympatyczna trasa! Wiejskie dróżki, zero ruchu, pola, krzaczki, uprawy chmielu… to lubimy. Szło nam świetnie i stówka na liczniku zagościła chwilę po 13tej. Odliczaliśmy te ostatnie kilometry przed Kazimierzem, bo tam miał być dłuższy postój, obiad i chłodzenie. Ale było gorąco! piliśmy litry wody, coli, tymbarków, chłodziliśmy się w klimatyzacji sklepów, polewaliśmy wodą, na każdy najmniejszy przystanek szukaliśmy cienia, na każdym podjeździe marzyliśmy o podmuchu wiatru. A tych podjazdów było całkiem sporo – wszak to Wyżyna Sandomierska! Dosłownie: ugotowani…

W Kazimierzu nasze najskrytsze pragnienia udało się zaspokoić – była i kurtyna wodna, i kran z lodowatą wodą, i dzban z wodą pełen kostek lodu, i chłodnik, i zimna sałatka i jeszcze zraszacz w ogrodzie w którym zadekowaliśmy się na prawie dwie godziny.

Prom w Zawichoście
Wszyscy jesteśmy Kapitanami
Dokąd teraz?
w drodze do Józefowa
Dobre lody w GSie
Zjazd do Kazimierza
chłodzenie z zewnątrz i do wewnątrz
Lodowata, cudowna!
Tłok pod kurtyną wodną

Niestety prognozy pogody i niepokojące newsy z zachodu Polski wygoniły nas z tego przyjemnego schronienia. Po 18-tej miał rozpętać się istny huragan, a wizja jazdy w padającym gradzie, wśród błyskawic jakoś nie bardzo nam się podobała. Z Kazimierza obraliśmy kierunek Puławy (jedna chwila, czyli ok. 20km), skąd do Dęblina była kolejna chwila. Do Puław jest nawet ścieżka rowerowa przy Wiśle. Piękna kostka bauma, urokliwe otoczenie. Szkoda tylko, że nie można na nią trafić bez sekretnej wiedzy i wskazówek autochtonów. Byliśmy jednak uparci, a Jacek już kiedyś nią jechał więc jakoś udało nam się pokonać strome schody i mostek ze słupów telefonicznych. Pomknęliśmy dalej. W Puławach wyjechaliśmy wprost do zaskakująco nowego i zadbanego parku otaczającego, uwaga: Marinę Puławy. Wow 🙂 nie było jednak czasu na podziwianie tej urokliwej inwestycji, bo zaczęło się chmurzyć. Do Dęblina już bez przyjemności wykręcaliśmy kilometry drogą 801, która na tym odcinku jest dosyć ruchliwa. Jechaliśmy grzecznie gęsiego rozmyślając o zimnym piwie.
Niestety akcja “zakwaterowanie” trwała tym razem długo i była dość frustrująca. Najpierw okazało się, że droga jest zamknięta bramą (teren wojskowy). Po trzech kilometrach objazdu wokół płotu trafiliśmy na szlaban, gdzie miła acz stanowcza pani powiedziała nam, że bez przepustki ani rusz i zaleciła kolejny, dłuższy objazd. A chmura nadciągała… Przewidując rychły kataklizm zaopatrzyliśmy się w wiktuały kolacyjne i razem z przedburzowymi tumanami kurzu popędziliśmy trzecią drogą w kierunku hotelu. Wiało potężnie, drzewa się uginały, ostatni piesi i rowerzyści gnali do domów, kiedy wreszcie dojechaliśmy do celu. No prawie- okazało się że jedyny budynek z otwartymi drzwiami nie był naszym hotelem, a rektoratem dęblińskiej uczelni. I chociaż stał 20 metrów od dwóch pozostałych, obsługujący recepcję panowie nie wiedzieli, który z nich to hotel Ikar. Lunęło kiedy podbiegliśmy do właściwych drzwi. Przezornie jak zawsze zrobiłam rezerwację wcześniej i potwierdziłam miejsca dla rowerów. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy na drzwiach zobaczyliśmy wielką, błękitną… plombę. A telefon mówił, że numer nie istnieje.

Z trzech budynków został jeden, gdzie potencjalnie ktoś mógł cokolwiek wiedzieć. Bingo! Okazało się że w “Dedalu” aktualnie bawią letnie kolonie, a pan który wysiadał z samochodu najpierw zaprosił nas do środka, mówiąc że coś się wymyśli, a potem przedstawił się jako kierownik kolonii. I po kilku chwilach mieliśmy dla siebie dwa dwuosobowe pokoje, co prawda nie posprzątanie po poprzednim turnusie, ale pościel się znalazła, było ciepło i sucho.
Kiedy już wykąpani rzucilismy się na kolację (kabanosy + bułka) jedna z kolonijnych wychowawczyń zaprosiła nas na kolonijny bigos podkreślając że sprzeciwiać się nie wolno. A kto by się sprzeciwiał 🙂 i tak trafiliśmy do kuchni pedagogów, bigos był pyszny a opowieści co to w ogóle za kolonie sprawiły, że chcieliśmy znów być dziećmi i sami móc w tym uczestniczyć.
Poczytajcie: http://akademiapilota.pl/index.php

Weronika – w wakacje kolonijna opiekunka, w roku akademickim studentka nawigacji – zabrała nas jeszcze na spacer, poopowiadała o studiach lotniczych i pokazała gdzie w akademickim parku można pić piwo nie ryzykując nagrania na miejski monitoring i niechybnego mandatu od dęblińskiej policji.

sekretne przejście na ścieżkę rowerową
Kazimierz-Puławy
Rektorat Szkoły Orląt
park Szkoły Orląt
burza nadciąga
tędy nie
przyszła burza
Hotel Ikar - nie polecamy
nasz wybawca, kierownik kolonii

Po tym przemiłym wieczorze i bardzo wyczerpującym dniu padliśmy jak muchy.
A rano padało i padało i nie chciało się wypadać, dlatego w dołkach startowych czekaliśmy do dziewiątej. Było chłodno! I tym razem niestety pod wiatr. I w ogóle jakoś ciężej się jechało, chociaż niby nogi nie bolały. Zmęczenie materiału dawało o sobie znać, co w połączeniu z mało eskcytującym początkiem trasy – ponad trzydzieści kilometrów nudną jak flaki z olejem 801 – nie umywało się do wrażeń z soboty. Ale im dalej – tym lepiej. Za Maciejowicami zjechaliśmy do lasu w kierunku Wilgi, z Wilgi pomknęliśmy między sadami i polami do mostu w Górze Kalwarii. Nie cierpię tego mostu i jego dojazdówek, ale inaczej się nie da (chyba że mostem kolejowym, o ile dysponuje się aktualnym rozkładem). Góra Kalwaria jawiła się nam iście mitycznie. Mimo niesprzyjającej aury i narastającego bólu wiadomych części ciała całą trasę pokonaliśmy bardzo sprawnie, zameldowaliśmy się tam chwilę po 15tej. Prawie jak w domu, to cel moich częstych nadwiślańskich wycieczek, a droga przez Cieciszew i Gassy jest mekką warszawskich kolarzy. . Droga na Kabaty to już sama radość z jazdy i fajne doświadczenie – pierwszy raz z wyprawy wracamy na dwóch kółkach do siebie. Nawet trochę sobie z Jackiem podśpiewywaliśmy 🙂 w Gassach spotkaliśmy się z Anią i Tomkiem, za Kępą – z Piotrkiem, który żądny pedałowania chciał mnie namówić na jakąś dodatkową rundkę. Mimo wszystko podziękowałam.

Na liczniku prawie 300km, ciekawe czy to był najdłuższy wiślany etap?
Następna część już za 3 tygodnie!

gdzieś pośród chmielu
Wisła za Dęblinem
do domu coraz bliżej
no prawie

Powiązane posty

4 komentarze

tomasz 14/04/2016 - 09:16

Hej, czy macie może ślad GPS swojej trasy i możecie go udostępnić lub przesłać mi na e-mail. Z żoną planujemy wrócić z Tarnobrzega do Warszawy w najbliższą majówkę i szukamy ciekawych, nieruchliwych dróg. Z góry dzięki za wszelkie wskazówki 🙂

Reply
Gosia 14/04/2016 - 13:48

hej, mamy, chociaż z Dęblina kawałek jechaliśmy 801 bo nie ma naprawdę żadnej sensownej alternatywy przy rzece. Podaj mi proszę adres email.

Reply
Gosia 14/04/2016 - 17:27

podaj mi proszę swój adres email 🙂

Reply
tomasz 14/04/2016 - 22:30

tomasz.netzel@wp.pl

dzięki wielkie 🙂

Reply

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.