Projekt Wisła: etap 4 – Warszawa-Toruń, 276km

by Gosia
0 comment

Ale to było dobre!

Startowaliśmy tym razem z Warszawy. Spod samych drzwi było super – o 7 rano, we względnym chłodzie przejechałam przez zupełnie pusty o tej porze Ursynów. Zbiórkę zarządziliśmy przy moście Siekierkowskim żeby zachować ciągłość trasy. Cały czas po zachodniej stronie Wisły – obejrzeliśmy nowe bulwary, eleganckie, ale gdzie miejsca na kawiarnie? Potem przez park Kaskada dotarliśmy do Lasku Bielańskiego gdzie odbiliśmy na drugą stronę S7. Pierwszy raz w życiu byłam w lesie Młocińskim – super miejscówka na rower i bieganie. Żeby uniknąć jazdy wzdłuż ‘siódemki’ najpierw przejechaliśmy przez całe Łomianki (też puste o 9 rano) a potem zrobiliśmy podejście do jazdy przez Kampinos. Zgodnie z przewidywaniami utonęliśmy w piachu, jak to w Kampinosie. Ratunkiem przed wypompowaniem się z energii pchając objuczone rowery w piasku po kostki okazała się droga wzdłuż S7. Stamtąd odbiliśmy z powrotem w kierunku Kampinosu na wysokości – zgodnie z mapą dalej można było śmigać po asfalcie. I to jak! Szum gum, lekki wiatr w plecy, dobre tempo – energia nas rozpierała, piliśmy jak smoki, podziwialiśmy wsie zagubione pośród lasów i zanim się obejrzeliśmy skończyła się moja mapa nr 1. A potem zniknął gdzieś Jacek. Jechał na końcu i jakby rozpłynął się w powietrzu. Kiedy już po dłuższym oczekiwaniu postanowiłyśmy zawrócić, znalazłyśmy go pół kilometra wcześniej próbującego wydłubać zza zębatki gumę i haczyk od tej gumy. Wkręciło się złośliwie! Trzeba było długo ciąć i skubać (na cztery ręce!) ale udało się zaradzić temu małemu kryzysowi. Swoją drogą to pierwsza usterka z jaką musieliśmy się zmierzyć na wiślanej wyprawie.

Bulwary przed 8 rano puste
W Kampinosie bez zmian
Jest i asfalt
Awaria!!!

I pomknęliśmy dalej. Owacyjnie witani przez grupę bardzo już podchmielonych panów na bezimiennej stacji benzynowej gdzieś pośrodku niczego, doładowaliśmy energię lodami bambino. W lodówce nie mieli wody (tylko piwo, zgodnie z lokalnym zapotrzebowaniem), ale przecież zaraz na pewno będzie kolejny sklep. No i tu się trochę nacięliśmy i z tego rozpędu i euforii zlekceważyliśmy konieczność zakupów. Zjechaliśmy z głównej drogi (o jej nadrzędności świadczyły tylko żółte tabliczki, ruch był zerowy) i wjechaliśmy na teren gminy Słubice. Jeśli poprzednie drogi były na piątkę, to tutaj było na szóstkę.  Żadnej dziury, żadnego wyboju, żadnego kamyczka nawet. Wszystkie wioski tak pięknie wyasfaltowane. Było to całkiem podejrzane. Tym bardziej, że te wioski wyglądały naprawdę biednie. Małe chałupki, częściowo opuszczone. Malwy i słoneczniki w ogródkach, garnki schnące na płotach. Mijani ludzie mówili nam ‘dzień dobry’. Trochę jak w bajkowej krainie. I ta super-gładka nowa droga nie bardzo tam pasowała. A sklepu jak nie było tak nie ma. Nawet nie to, że z okazji 15 sierpnia były zamknięte – po prostu nie ma. Była świetlica, kosciół, szkoła, no gdzie oni wszyscy robią zakupy?? Byliśmy już tak wymęczeni tym updałem, że entuzjazm wzbudzała pusta torebka po chipsach leżąca na poboczu zwiastująca możliwość zrobienia zakupów, a prawdziwą euforię wywołał pan z pełnymi siatkami jadący niespiesznie rowerem. Tylko skąd wyjechał? I tak nam minęło kolejne 30 kilometrów jazdy, aż niczym fatamorgana ukazał się dom sołtysa z gankiem porośniętym winem. Na ganku były ławki, a dzwonek przywoływał sołtysową która otworzyłam nam sklep 🙂 Co prawda nie było tam nawet lodówki, ale znalazła się za to mała umywalka i mogliśmy się trochę schłodzić.

Polskie drogi w ruinie
Bajkowa gmina Słubice
Relaks w sklepie u Sołtysa

Przeleżeliśmy tam chyba z godzinę, dokupując lody i ciasteczka, gawędząc z przemiłymi mieszkańcami którzy zatrzymali się na małe piwko w drodze z odpustu w Słubicach. Nie mogli się nadziwić że przyjechaliśmy od rana z Warszawy, ani wyobrazić sobie że jedziemy aż nad jezioro Białe i dalej – do Torunia i Gdańska. Oni zdawali się nie ruszać się poza granice swojej gminy. Pani nawet zapytała, czy mamy zamożnych rodziców. Nie wiemy jaki związek z jeżdżeniem rowerem ma zamożność rodziców. Może to nasze techniczne koszulki, kask z GoPro, zadbane rowery zrobiły takie wrażenie? A może podejrzewała, że tylko mając zamożnych rodziców można sobie pozwolić na wymyślanie takich szalonych wypraw? Bo właśnie tam, przy sklepie u sołtysa gdzieś w okolicach Świniar, po 14tej, kompletnie ugotowani, przypieczeni, parujący, oblepieni kurzem który tak dobrze trzyma się kremu do opalania, mając ponad 110km na liczniku i jeszcze 40 przed sobą uznaliśmy że to jest jednak trochę nienormalne robić taki dystans w takiej temperaturze. Ale w tym całym zmęczeniu, rozpływając się z rozkoszy po polaniu pleców zimną wodą osiągnęłam spokój wewnętrzny.

A dzięki sklepowym towarzyszom wyjaśniło się o co chodzi z tymi drogami. Wiedziałam że skądś kojarzę te Świniary. Stąd: http://wyborcza.pl/51,106881,7935729.html?i=17

Rozpływając się w zachwytach nad sielskim klimatem i niespodziewaną jakością drug przejechaliśmy przez wszystkie miejscowości najbardziej poszkodowane przez powódź w 2010. To stąd ewakuowano 10 000 osób kiedy Wisła przerwała wał w Świniarach.
A teraz, 5 lat później, w każdej miejscowości stoi taka tablica:

022

I wszystko jasne. Ciężko uwierzyć w to co się tu stało kiedy wszędzie widać straszne efekty suszy, a wał wznosi się na kilka pięter nad poziom wody.

W Dobrzykowie odbiliśmy od Wisły na południe i wykręciliśmy ostatnie 20 kilometrów tego rekordowego dnia. Po kolejnym przyjemnym fragmencie trasy znaleźliśmy się w Łącku, a stamtąd w piachu, który zmęczył nas bardziej niż cały ten dzień – dotarliśmy do bazy nurkowej fundive nad Jeziorem Białym. Angela zaliczyła nurkowanie, ja z Jackiem – próbowaliśmy wczuć się w klimat letniej imprezy na pomoście.

Wisła w Świniarach
Nocleg w bazie FunDive
Rano nad Białym
Rano nad Białym

W niedzielę byliśmy w lesie, dosłownie. Od startu jechaliśmy przez Gostyńsko-Włocławski park krajobrazowy, mijając jeszcze senne o tej porze jeziorka Pojezierza Gostyńskiego. Bardzo malowniczo i dość dziko. Nad Białe, które jest lokalną mekką nurkową i bardzo popularnym miejscem letnich wypadów sądząc z tłumów wokół, nie da się dojechać żadną drogą asfaltową. Trzeba się przedrzeć przez piach, dziesiątki samochodów wzniecają tumany kurzu, a i wokół samego jeziora tylko piach, krzaki i żadnych punktów gastronomicznych (ani sanitarnych), nie licząc jednej hamburgerowni. Dziwne, bo są tu żaglówki, kajaki, motorówki i kilkadziesiąt agroturystyk. Każdy dymi swoim grillem piekąc kiełbasę z Lidla w Gostyninie.

Meandrując w ruchomych piaskach wydostaliśmy się na asfalt, ale tylko na chwilę, bo zaraz skręciliśmy w leśny dukt prowadzący przez sosnowy bór. Mijaliśmy miejscowość która spokojnie mogła zagrać Skiroławki, albo wioskę z “Wielkiego Lasu” Nienackiego.

W wielkim lesie
i poza lasem
i znów w lesie

Przez wielki las pełen strzelistych sosen dotarliśmy prosto do krajowej jedynki i ruszyliśmy nią bez strachu i nie ryzykując życiem, bo jedynka ma pobocze. Zresztą już po kilku kilometrach dotarliśmy do kolejnej fajnej leśnej ścieżki rowerowej którą wjechaliśmy do Włocławka. Nastawialiśmy się na nieprzyjemne pokonywanie krawężników, omijanie pieszych na chodnikach, tudzież kluczenie po osiedlowych uliczkach, jak to zwykle bywa w takim mieście. Jakież było nasze zdziwienie kiedy okazało się, że ciągnący się przez piętnaście kilometrów Włocławek można przejechać nową ścieżką rowerową, bez jednego krawężnika, z zielonym światłem zapalającym się na zawołanie. Tu po raz pierwszy od Goczałkowic (etap 1) pojawiły się tabliczki wiślanej trasy rowerowej które zgodnie z moją mapą pokierowały nas wzdluż Anwilu z powrotem nad rzekę. Stamtąd na przemian wiejską drogą i leśną dróżką dotarliśmy do Ciechocinka. Pierwszy raz byłam w tężni 🙂 śmiesznie!

Anwil Włocławek
Jest i nasz znak
Maxi Kaz!
oddychamy

Z Ciechocinka do Torunia już rzut beretem, ale wczorajszy dzień dawał się naszym nogom i nie tylko mocno we znaki. Jechaliśmy niespiesznie, niezrażeni tym że Wiślaną Trasę Rowerową poprowadzono gdzieniegdzie przez piach. Do pociągu mieliśmy prawie 3 godziny, z Ciechocinka do Torunia tylko 20kilometrów. Jeszcze tylko przenioska rowerów przez tory, myk przez most – i już witaliśmy się z Kopernikiem i zajadaliśmy najlepszymi ponoć lodami (Lenkiewicz, polecamy).  Na liczniku tym razem ponad 270km w dwa dni, znowu upalnie, znowu fantastycznie. I nawet pociąg trafił się przyjemny – z miejscami na rowery i klimatyzacją.
Tym samym 4/5 Wisły mamy za sobą i głowimy się, kiedy zrealizować ostatni odcinek.

Pod Kopernikiem
Toruń!

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.