Projekt Wisła, etap 6 (i jednak nie ostatni!)

by Gosia
0 comment

Kwiecień – plecień, jak to mówią. Otworzyliśmy właśnie kolejny sezon rowerowy. Z hukiem 🙂 w piątek wieczorem znajomymi już TLK całą czwórką dotarliśmy do Torunia. Zachwyciła nas nocna panorama miasta. Zadekowaliśmy się u mamy znajomego Angeli która ugościła nas przepyszną szarlotką.

W sobotę obudziło nas słońce – za oknem śpiewały ptaki a w biedronce o 7 rano byłam jedną z pierwszych klientek. Było IDEALNIE. Ciepło, wiatr w plecy, słonko i jakby tego było mało – oznakowana trasa rowerowa, częściowo wydzieloną drogą rowerową! Po drodze mijaliśmy nawet ochrzczone przez nas MOCe (miejsca obsługi cyklistów). Brawo!

bladym świtem wystartowaliśmy
Taka droga rowerowa!
MOC (miejsce obsługi cyklistów)
Szum gum
Wszystko kwitnie wkoło!
Krzyś i jego wielki rower

Baliśmy się trochę o strategiczne części ciała rowerzystów, bo to dla nas wszystkich pierwszy tak długi wypad, ale nic złego się nie stało. Wsłuchując się w szum gum, wąchając kwitnące sady i słuchając śpiewu ptaków przejechaliśmy przez bardzo malownicze, sielskie – wiejskie tereny między Toruniem a Chełmnem. Tu planowaliśmy postój, ale niestety nad Wisłą nie było ani sklepu, ani kawiarni – ot kilka domów i łąki. Posililiśmy się drożdżówkami kilka kilometrów dalej i z zadowoleniem skonstatowaliśmy, że na licznikach już ponad 60km a nie ma jeszcze południa. Dłuższą przerwę zarządziliśmy w Grudziądzu, który zaskoczył nas nie tylko swoim rozmiarem, ale też zadbanymi osiedlami, równymi ścieżkami i chodnikami i pięknym deptakiem nad Wisłą. Przejechaliśmy wzdłuż placu na którym odbywał się zlot motocyklowy, a pizzę jedliśmy w towarzystkie właścicieli piesków z pobliskiem wystawy jamników. W doskonałych nastrojach dotarliśmy do Kwidzyna – po 130km trochę wymęczył nas stromy podjazd do miasta, ale nie było się naprawdę czym przejmować. Na miejscu stawiliśmy się o 16tej i nawet przez chwilę planowaliśmy zwiedzić zamek. Tyle, że zaczęło padać.
Pensjonat Winiarnia gorąco polecamy – fajne pokoje, wygodne łóżka, pyszne gruzińskie wina i doskonała kolacja. Takież i śniadanie. Niestety od rana czar prysł – lało. Konsekwentnie, smutno i bez widoków na poprawę. Temperatura spadła do 10C, i mimo teoretycznie zaimpregnowanego goretexu, po godzinie byłam cała mokra. Przebieraliśmy się po drodze we wszystko, co nam zostało suchego. Jedna Angela ocalała – jednak na takie warunki nie ma nic lepszego niż porządna przeciwdeszczowa kurtka, która wcale nie musi oddychać. Pewnie w słońcu cała trasa wyglądałaby super – małe wioski tuż za nadwiślańskim wałem, pola przedzielone szpalerami wierzb, trochę sadów i sporo łąk i lasu. Ale w deszczu i zimnie było smętnie i przyznam – odechciało mi się. Bo co to za frajda pić szampana na plaży, szczękając zębami.

zimno, pada, torby foliowe na butach
w pendolinie rower ciut zawadza
do zobaczenia wkrótce!

Angel, wybacz nam że odmiękliśmy! Odbijemy to sobie któregoś letniego weekendu i skoczymy jeszcze na Hel! Tym razem po 60km, mając drugie tyle do celu, zamieniliśmy bilety z Gdańska na bilety z Tczewa i zarządziliśmy kolektywnie odwrót. Posileni pysznymi ciastkami z Tczewskiej cukierni, rozgrzani gorącą czekoladą zajęliśmy wszystkie cztery rowerowe wieszaki w pendolino. Wisła pozostała niezdobyta, ale 186km w dwa dni nadal cieszy, a trasę prawym brzegiem  polecam gorąco. Kujawsko-pomorskie inwestuje w infrastrukturę rowerową i wygrywa w moim subiektywnym rowerowym rankingu województw.

Powiązane posty

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.