Przełęcz Atsunta- 3548m n.p.m.

by Gosia
0 comment

W obliczu czekającego nas zabójczego podejścia na wysokości na jakie większość z nas nigdy jeszcze nie weszła, bez możliwości sprawdzenia prognozy pogody, nastawiliśmy budziki na 5:00. Okazało się jednak, że o tej porze jest zupełnie ciemno, nie wspominając o tym, jak straszliwie zimno. I padało. Przełożyliśmy pobudkę na 6:00. Też padało i wcale nie było cieplej, ale zwinęliśmy namioty i przenieślismy sie pod brezentowy daszek nad rzeką. Nisko zawieszone chmury przetaczały się leniwie nad wierzchołkami gór. Po rozgrzaniu się herbatą i owsianką postanowiliśmy iść w deszczu. Buty przemokły nam już po paru minutach. Na szczęście goretex nie zawiódł, pokrowce na plecaki także. Gdzieś tam z tyłu głowy myśleliśmy już o kolejnym, trzecim noclegu w namiocie- oby śpiwory i ciuchy na przebranie dotarły suche. Było po dziesiątej, a my ciągle w okolicach 2500m npm, czyli przed głównym podejściem, kiedy zza chmur wyszło słońce. Szliśmy juz parę godzin i spotkaliśmy tylko dwóch pasterzy. Zatrzymał nas wzburzony potok. Nie zdążyliśmy się na dobre zastanowić jak go przejść, kiedy ze ścieżki za nami dobiegł tętent kopyt i pojawił się pasterz na koniu. Najpierw jeden po drugim przewiózł na drugi brzeg nasze plecaki, po czym wskazał nam kamień, z którego wygodnie było wskakiwać na konia. Nie miał siodła, ani strzemion, jechał na oklep na wzorzystej derce. Czule obejmując pana w pasie bez obaw przekroczyliśmy po kolei potok. Zaparkowaliśmy na cyplu wśród stert ściętej wełny i zaczęliśmy się suszyć w słońcu. 

pierwszy raz idziemy w deszczu

galopem przez potok

tak ładnie i tacy zmęczeni

tam , z dołu dzisiaj przyszliśmy


Szlak wspinał się stąd stromo i ginął gdzieś między górami. Po jakiejśgodzinie zaczęło się właściwe podejście. Mozolnie, krok po kroku, mocno opierając się na kijkach pięliśmy się pod górę. Co jakiś czas (im wyżej, tym częściej) przystawaliśmy złapać oddech i nabrać wody ze strumienia. Tam wysoko uznaliśmy, że nie trzeba jej już odkażać. Krowy nie dotarły powyżej 3000m. Dzień zrobił się przepiękny i nic nie zakłócało przepięknych widoków na Tuszeckie szczyty. Końcowe 500 metrów w górę pokonywaliśmy po żwirowym zboczu. Skończyła się zieleń, zostały martwe skały i hulający wiatr. Bardziej z rozsądku niż niskiej temperatury założyliśmy bluzy, bo aż do 3400 szliśmy w tshirtach. Ostatni kęs batona, poprawienie plecaka, rzut oka za siebie (chociaż lepiej nie, bo kręci się od tego w głowie) i po czterech godzinach napierania pod górę zza zakrętu wyłoniła się przełęcz. Padliśmy tam jak nieżywi, mimo że nie było to najbardziej przyjazne miejsce na odpoczynek. Wiało. Po prawo rozciągały się doliny Tuszetii, po lewo- nowe, nieznane szczyty Czewsuretii.

postój

na przełęczy


 Zaczęliśmy strome zejście, zsuwając się po sypkim żwirku. Wejście na przełęcz zajęło nam prawie 7 godzin od startu z biwaku,
a czekało nas jeszcze kilka godzin zejścia. Im niżej, tym lepiej, bo im niżej- tym cieplej w nocy. Byliśmy już mocno zmęczeni,kiedy dotarliśmy do wypłaszczenia nadającego się do rozbicia namiotu, ale wizja chłodu na 3000m npm pognała nas dalej. Było na co popatrzeć- choćby na Tebulosa (jakieś 4500m)…schodziliśmy ostrożnie wąziutką ścieżką wzdłuż zbocza, potem przez płaskowyż, wreszcie- w dół do stacji pograniczników. Po stronie Czewsureckiej jest dużo mniej strumieni i mielibyśmy problem z dostępem do wody, a pogranicznicy musieli mieć jakieś źródełko. Rozbiliśmy się o zmroku kilkadziesiąt metrów od ich chatki i korzystaliśmy z tego samego źródełka. Za małego, żeby się wykąpać, ale wystarczającego do picia i gotowania. Liofilizat smakował jak najlepszy hindus, czacza przyjemnie grzała, namiot się nie zsuwał. Tylko to zimno w nocy… Za to satysfakcja została przeogromna!

za plecami nasza przełęcz

jedyny środek transportu w promieniu 2 dni drogi

podziwiamy Czewsuretię

po kolana w trawie

kuchnia z widokiem

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.