Przystanek: Madryt

by hajski
0 comment

W drodze do San Jose zaliczyłam noc i ponad pół dnia w Madrycie.

Ładnie, ale mam w głowie świeże wspomnienia z wiosennej nadmorskiej Barcelony, no i stolica Hiszpanii jej nie przebija!
Pierwsze zdziwienie – rano wszystko pozamykane, nawet piekarnie.
Bo ja, żeby zmaksymalizować te 8h które miałam do odlotu, wyruszyłam już przed 8 rano. Było zaskakująco rześko ale bardzo słonecznie. Ulice puste, widocznie Hiszpanie odsypiali piątkowe imprezy- z tego co zaobserwowałam na przechadzce po północy – bawili się na całego.
Obejrzałam kolejny pomnik człowieka na koniu, pałac królewski i katedrę, operę i kawałek tutejszej ‘starówki’.
Punktualnie o 10 rano weszłam do muzeum Prado. Dzięki tak wczesnej porze Boscha i Goyę kontemplowałam w ciszy i samotności, potem dotarli Japończycy. Muzeum polecam, ale na co najmniej 3 godziny (ja byłam ponad dwie i wyszłam z niedosytem)!

 

Po drugiej części spaceru, tym razem na północ od Grand Via (pyszności do kupienia i zjedzenia w Mercuado San Anton) odebrałam plecak z hotelu i pojechałam metrem na lotnisko.
Bardzo to wygodne – 15 minut metrem w okolice centrum, stacja bezpośrednio przy terminalu.
Lot jak lot – długi! 11h25 minut, przerywane tekturowym jedzeniem. Nawet duże ilości wina nie pomogły mi usnąć. A jak po całej wieczności, kiedy myślałam że może już zaraz lądujemy – włączyli jeszcze Hobbita,
to tak sobie pomyślałam, że to jednak bardzo daleko od domu.

 

Powiązane posty