Rowerem wzdłuż Wisły – etap 6, ostatni

by Gosia
0 comment

Generalnie nie lubię się pakować. Irytuje mnie chodzenie w kółko i wyciąganie miliona rzeczy z dziesięciu szuflad i półek, po czym nie mieścimy się we dwójkę na tydzień do bagażnika, połowy ciuchów w ogóle nie zakładam, a i tak zapominam ładowarki do komórki albo innych krytycznych rzeczy.

Chyba, że pakuję się do sakwy. To uwielbiam. Z namaszczeniem składam koszulki rowerowe (sztuk dwie), jedną nierowerową, gatki z pieluchą, mikro-kosmetyczkę i mapy. Wiele więcej nie potrzeba, serio. Widok pustej sakwy gotowej do zapakowania sprawia że śmieję się już na kilka dni przed, szykuję sobie wszystkie moje podróżne rowerowe gadżety, drukuję bilety i mam problemy z zaśnięciem z podekscytowania. I tak w ostatni weekend po raz drugi w tym roku zapięta sakwa wylądowała na bagażniku, a my i rowery popędziliśmy EIC bez nazwy do Tczewa. Z braku miłych opcji noclegowych jak i biletów rowerowych na piątkowe popołudnie, tym razem zdecydowaliśmy się na podróż poranną – start o 7:00. Najbardziej zadowolony był skowronek Krzysztof, który od razu po zaokrętowaniu udał się na spoczynek. Warunki sprzyjały – pociąg WYJĄTKOWO nie prowadził wagonu restauracyjnego, więc nie było kawy ani śniadania, a przemiły pan steward z przepraszającym uśmiechem proponował li i jedynie wodę z bąbelkami lub bez.
W Tczewie powitało nas piękne słońce i lekki wiatr – zapowiedź miłego dnia, jakże inna od naszych przemarzniętych i przemokniętych wspomnień sprzed miesiąca. Już w windzie odbyliśmy miłą pogawędkę z panią podziwiającą nasz zapał i zmysł organizacyjny. Z miasta wydostaliśmy się bez problemu spokojną szosą, z której po kilkunastu kilometrach zaczęliśmy szukać odbicia na wiślany wał. Od ujścia dzieliło nas 30km, czas nie naglił, noclegu nigdzie nie rezerwowaliśmy. Toteż z radością po wskazówkach kolejnych miłych lokalesów popedałowaliśmy JUMBAMI w stronę wału. A ten, niczym matrioszka krył za sobą kolejny wał, za którym był następny, i dopiero za nim, po dłuższej przeprawie przez coś, co kiedyś było drogą, którą potem jakiś rolnik z rozpędu zaorał – dotarliśmy do Wisły. Płynęła majestatycznie, chociaż wcale nie jakoś bardzo szeroko, a kilku sennych wędkarzy zupełnie nie zdawało sobie sprawy z powagi sytuacji – przecież zaraz koniec! odurzeni zapachem ziół i kwiatów (a niektórzy z objawami poważnej alergii) powoli pojechaliśmy dalej. Trochę na azymut – bo drogi dalej nie było, ale w oddali majaczył wiadukt ‘siódemki’, a i rzeki nie przekroczymy przecież przypadkiem.

EIC
Tczew
Pięknie
Piękniej
Romantycznie
Pierwsza wyspa

Po skręcie za śluzą wjechaliśmy na Wyspę Sobieszewską i poziom ekscytacji zaczął wzrastać z każdą minutą. Patrzyliśmy za zakręt rzeki kilka kilometrów przed nami i tam dalej już nic nie było! Droga skończyła się w Świbnie, skąd bardzo piaszczystą ścieżką zaczęliśmy pchać rowery przez las. Po przeprawie przez zwalone drzewo Angela i ja porzuciłyśmy nasze pojazdy, bo brakło sił do pchania i szłyśmy spokojnym spacerem. Po chwili oczom naszym ukazał się już nie las, a znak wejscia na plażę, i chociaż po prawej stronie od ścieżki i betonowego brzegu dalej płynęła Wisła, to już 100 metrów dalej widać było morze. Doszliśmy najdalej jak się dało – do wejścia rezerwatu ptaków, gdzie miesiąc wcześniej obserwowano stado fok. Tym razem byliśmy my i obowiązkowa butelka szampana. Bąbelkami i orzeszkami uczciliśmy tę wzniosłą chwilę. Z powrotem szło się dużo szybciej i lżej.

tu się kończy Wisła
celebrujemy

Jadąc wzdłuż linii brzegowej przez las mijaliśmy kolejne wyjścia na plażę. Turystów jak na lekarstwo – mimo pięknej pogody prawie nikt się nie opalał, nie widzieliśmy też specjalnych tłumów spacerowiczów. Za dwa tygodnie pewnie będzie tu niezły sajgon.
Przecinając kolejną odnogę Wisły wyjechaliśmy z Wyspy i pogubiliśmy się na wjeździe do Gdańska. Stąd zaczynał się etap urbanistyczny dzisiejszego dnia. Gdańsk-Sopot-Gdynia połączone są super ścieżką rowerową zaczynającą się tuż przy wlocie ‘siódemki’ do Gdańska. Google maps w wersji rowerowej jest godny zaufania i sprytnie prowadzi zaułkami starówki do plaży i dalej – do Gdyni a potem Pucka. Polecam 🙂 Zachód słońca zastał nas na poszukiwaniu noclegu w Rewie. Poczułam się jak na końcu świata – pusto, spokojnie, część pensjonatów ciągle zamknięta. Znaleźliśmy czterosobowy pokój z widokiem na morze, ale już kolacji nie było gdzie zjeść, więc zadowoliliśmy się kabanosami i piwem, oczywiście na plaży.

widok z okna
Zachód słońca w Rewie
Kolacja

Wieczorem drobne dreszcze, pieczenie i podwyższona temperatura przypomniały nam o konieczności smarowania się kremem z filtrem. Noc była ciężka, a Krzysztof cały następny dzień jechał w długim rękawku. Skóra schodzi do dziś.
Piękna to była niedziela. Poczucie zrealizowanego celu i spełnionego marzenia, słońce, szum fal i krzyk mew od rana, interesująca ścieżka – to przez piach, to jumby, to znów drogi dziurawe tak, że nie było czego łatać… ktoś z fantazją i zaangażowaniem wytyczał tę trasę. We Władysławowie poczuliśmy głód, z pieśnią na ustach minęliśmy Chałupy i jak na skrzydłach dojechaliśmy do Juraty na wymarzone lody i gofry. Tutaj popełniliśmy heroiczny czyn kąpieli w Bałtyku, woda miała tego dnia 14C. Nie miałam najmniejszej ochoty marznąć, ale po tym jak Krzysiek i Jacek radośnie wskoczyli i żywo przebierali kończynami jakoś nie mogłam się powstrzymać i w bieliźnie rowerowej popędziłam w toń i fale. Było warto – zimna woda świetnie schłodziła zmęczone mięśnie, uczucie podobne do lodowatego prysznica po saunie. Wykąpani, rzeźcy i szczęśliwi, podziwiając spokojną zatokę Gdańską dotarliśmy na koniec Polski – do Helu, skąd po konsumpcji na pewno świeżo złowionych ryb zapakowaliśmy się do pociągu Regio. Przesiadka w Gdyni zaliczona została do kategorii ‘epickich’ – musieliśmy przetasować kilkanaście rowerów, stojących, wiszących, tych na miejscu i w przejściu, oraz przekonać dziesiątki współpasażerów do pomocy i wypuszczenia nas na czole stawki, bo do odjazdu EIC do Warszawy mieliśmy – bagatela – 2 minuty. Sprint i dzwiganie objuczonego roweru po schodach podniosło mi tętno co najmniej do S5. Zdążyliśmy.
Pociąg WYJĄTKOWO nie prowadził Warsu, więc zadowoliliśmy się wodą z bąbelkami (lub bez).
Ten sam przemiły pan steward na widok Krzyśka zawołał:
– Ale się zjarał! Jechał syn młynarza a wraca jak z Bahamów!

sielsko
bardziej sielsko
Moczone w Morzu
Syreny
Lody lody lody lody!
Jurata przed sezonem

Zgodnie stwierdziliśmy, że to był chyba najfajniejszy z dotychczasowych wiślanych etapów – pogoda, morze, satysfakcja, przemili ludzie dookoła… aż chce się więcej (i dłuższych rzek!).

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.