Rzeźniczek by Gosia

by Gosia
2 komentarze

W ostatnim tygodniu i przeczytałam chyba z piętnaście relacji z Rzeźnika i Rzeźnika Ultra. I nie wiem co napisać o moim biegu, bo to taki pikuś przecież. Jak tu pisać o kryzysie? Na 17-tym kilometrze? Że noga bolała na zbiegu? Że nie dawałam rady pod górę i Piotrek mnie ciągnął za rękę (lub pchał za…). Nic to, każdy ma swoją rzeźnię, to napiszę o mojej!

Poranek upływa w znanym mi już dobrze stresie przedbiegowym i niczym się nie różni od nie przymierzając – Półmaratonu Warszawskiego. Może pobudka chwilę wcześniej , bo już o szóstej. Standardowo kiepsko spałam, mimo tabletek i stoperów w uszach. Analizowałam sobie w nocy profil trasy. Jak zwykle owsianka na śniadanie (wiem, wiem co wszyscy o tym myślą, powinna być biała buła z dżemem ;)) i po raz kolejny się cieszę że w takich sytuacjach jestem pedantem i że wszystko naszykowałam dzień wcześniej. Nie tak znowu tego dużo: plecak z 1,5l bukłakiem, chip wsznurowany, numer na pasku, Garmin, strój i oczywiście ChiaCharge i nasze ulubione amerykańskie żele kawowe w plecaku. Nacieram się jeszcze końską wcierką- trochę w tym szamaństwa, bo przecież nie doda mi mocy jak sok z gumi jagód. Ale może sprawi że pasmo się nie odezwie do samego końca?

Do Cisnej dojechaliśmy o 7.30, w sam raz na ostatnią kolejkę. Po drodze na schodkach przy skręcie na Orlika minęliśmy najprawdziwszych meneli, którzy od samego rana pili wino z kartonu. Życzyli nam powodzenia.

I potruchtaliśmy na pociąg, bo na Rzeźniczka trzeba dojechać kolejką leśną – do Balnicy. Klimat rewelacyjny, sami zobaczcie:

W czasie jazdy jedni śpiewają i tańczą, inni jedzą kanapki, jeszcze inni poprawiają mocowanie chipa w bucie, drzemią albo przeżywają (ja). Nie miałam żadnego planu ani celu, po prostu – przebiec, zobaczyć jak będzie bez przerw na leżakowanie, które tak dobrze mi robiły na treningu z Jackiem. No dobra, miałam nadzieję że uda się poniżej 4:30, bo taki mam swój maratonowy rekord i wspominam jako: STRASZNIE DŁUGO.

Pierwsze zdziwienie na starcie – nie ma toi-toi. Więc biegniemy najpierw w las.

Drugie zaskoczenie – jakie tłumy!!! 700 osób na polanie w Balnicy robiło niezły tłok. Ale i tak udało nam się wyłapać i zrobić startową fotkę 🙂

z koniem na pewno się uda!
oj da dana...
tłumy!
Obozybiegowe.pl na starcie

Zaraz po startowym wystrzale, na wąskiej drodze na początku trasy to był umiarkowany ścisk. A na leśnej dróżce lekko pod górę – normalny regularny korek. Skutecznie stłumiło to jakiekolwiek zapędy do wyprzedzania, bo nie bardzo było jak się przepychać.

Zaskoczenie numer trzy – zbiegam szybciej niż peleton w którym się znalazłam. A ja nie jestem mistrzem zbiegów. Jednak nauka z Zakopanego nie poszła w las i udaje się na tych zbiegach ominąć kilkadziesiąt osób. Których część dopada mnie na podejściach. Fajnie jest do wodopoju, stromizny podchodzimy, resztę biegniemy. Szybko mija! Piotrek dokonuje jakiś zbiegowych cudów i myślę że robi obozombiegowym niezłą reklamę 😉 potem czeka na mnie i pogania. Na tym etapie jeszcze mnie to śmieszy. Nie chce mi się jeść (dziwne!) więc zmuszam się do gryza ChiaCharge’a.

Na przełęczy opijam się jak bąk izotonikiem i poprawiam wodą. BŁĄD. Zaraz trzeba się wspiąć pod Okrąglik. I tu mnie siły opuściły. Krok po kroczku, mozolnie i powolnie, ciągnięta za ręke i popychana za pupę przez dzielnego i niezmordowanego Piotrka. Zaczynam jęczeć. A nie wypada, bo na górze, jakieś pionowe kilometry wyżej majaczą sylwetki Maćka i Marty, jak anioły na wysokościach czekających z wodą. Piotrek próbuje jeszcze uratować Spartanina który wygląda jakby miał zjechać na tarczy w dół, ale chyba nie uzyskuje żadnej konstruktywnej odpowiedzi na swoje pytania czy wszysko okej. Potem okazało się że Spartanin był znajomy, a reanimację przeprowadzili Marta z Maćkiem. Dobiegł!

Trasę z Okrąglika już znam – biegłam tędy testowo 3 tygodnie wcześniej. Wtedy poleżeliśmy na polance, zjedliśmy porządną garść orzechów i z uspokojonym tętnem ruszyliśmy dalej. Zapamiętałam ją dobrze i wiem, że wbrew temu co mówi Piotrek i mijani kibice to nie będzie ‘już tylko z górki’. Za to będzie grzało, bo jest upał, będą korzenie, kamienie, wąska ścieżka i na końcu bardzo stromy zbieg do Cisnej. Już mi się bardzo nie podoba, żołądek mam ściśnięty, woda z bukłaka jest gorąca a rurka zapowietrzona, więc do kompletu łapie mnie kolka. A Piotrek wesoło skacze z kamienia na kamień. Z biegania na płaskim został ledwie trucht, na zbieganie mam za mało siły więc się zwyczajnie i beznadziejnie. Smutno i źle. W ramach oderwania myśli od mojej opłakanej sytuacji decyduję że jak tylko wrócimy do cywilizacji wypiszę się z biegu na Śnieżkę i 35km w Krynicy.

Ostatnia stromizna mija mi zupełnie bezrefleksyjnie. Dzielę się z kimś wodą z bukłaka, a na moje jęki co chwilę ktoś proponuje a to ibuprom, a to batona. Chyba kiepsko brzmię i jeszcze gorzej wyglądam. Pół kilometra od mety drogę tarasują sanitariusze znoszący kogoś ze złamaną nogą (mamo, nie czytaj tego!), więc sobie za nimi idziemy i jest to dobry moment na złapanie oddechu przed finiszem. Aż tu nagle zza rzeczki krzyczy do nas Alex! I macha! Zbieram się w sobie i z gracją wskakuję do strumienia, chociaż miał to być gazeli skok 🙂 wyszedł na miarę możliwości.

Wrzask się zrobił, słychać że meta już blisko i ten grymas co go mam na twarzy to miał być uśmiech 🙂

Końcówka jest super. Widujecie czasami właścicieli wielkich psów ciągniętych na smyczy przez swojego ‘pupila’? Tak, że ledwo wyciągają nogi za spragnionym wybiegania Azorem? No, to tak wyglądałam jak mnie Piotrek przy torach chwycił za rękę, rozwinął drugą prędkość kosmiczną i zmusił do takiego przebierania nogami, że na pewno technicznie to wyglądało pięknie – kolana wysoko i wybicie jak należy 😉 włos rozwiany i pewnie język na wierzchu jak zawsze w takich chwilach. Czekam na foty z mety. Doping był świetny, szpaler ludzi wzdłuż torów, był też Krasus i darł się chyba nagłośniej, dziękujemy!

Mozolnie wdrapując się na Okrąglik
To gdzie my jesteśmy?
Badam grunt
Za styl - same dwudziestki
Do końca jakieś 100 metrów
Ulga dla obolałych łydek

A zaraz za metą, kiedy już byłam w stanie tylko stać zgięta w pół, do cienia odeskortował nas Remik, do ręki trafiła woda a do gardła zimne piwo ‘Rzeźnik’. Popłakałam sobie cichutko w trawce w pozycji embrionalnej, w sumie nie wiem czy z radości że już koniec i się udało, czy z rozżalenia że taka ze mnie słaba istota (dopisałabym: mała kobietka, gdybym mogła). Może jedno i drugie?

I poszliśmy do strumienia chłodzić łydki.

Jaki morał tej historii? Primo: fajnego mam Męża 🙂 nawet inne dziewczyny chciały żeby też je pchał za pupę.

Secundo: Wychodzi na to, że jednak za mało zjadłam. Przyzwyczajona do regularnych posiłków co 3 godziny (a rano nawet częściej) tutaj od 6.30 rano do 13tej zjadłam gryz batona i wypiłam kubek izotoniku. Trzeba było wciągnąć coś już w kolejce i poprawić przed Okrąglikiem. Co najmniej! A nie marudzić że mi niedobrze, wszystkim pewnie było niedobrze.

A co wyszło super? Pierwsze 17 kilometrów, naprawdę było pięknie, las, górki, nastrój 🙂 Świetni kibice (znajomi i nieznajomi), bieg nie z łydki, przez co ich nie zmasakrowałam. Kolana dały radę prawie do końca, a ból pasma nie był jakiś ekstremalny jak na to nachylenie zbiegu. Kurcze, wszystko byłoby super gdyby mnie ta niemoc nie ogarnęła. Ale przetrwałam, dałam radę – tak sobie powtarzam.

No i oczywiście że się nie wypisałam ze Śnieżki, ani z Krynicy, ale jeszcze pomyślałam że za jakieś 10 lat to przebiegnę Rzeźnika. No, może nie przebiegnę – ale pokonam mieszcząc się w limicie.

Powiązane posty

2 komentarze

Życiowa piątka na Ursynowie – Gosia i Piotr 19/07/2015 - 23:01

[…] to mój miesiąc sprawdzianów. Najpierw Rzeźniczek, który okazał się sprawdzianem charakteru. Tydzień później nadszedł czas na test szybkości. […]

Reply
Śnieżka stopniała! – Gosia i Piotr 19/07/2015 - 23:03

[…] po Rzeźniczku i intensywnym biegowo tygodniu w Bieszczadach, trzy tygodnie po życiówce na piątkę na […]

Reply

Leave a Comment

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.