San Jose, Costa Rica czy Kalifornia?

by hajski
0 comment

Pierwsze mocne wrażenie – chyba mają tu jakiś krótki pas startowy, bo hamowanie było na maksa ostre. Piotrek też tak miał.

Po szybkiej odprawie paszportowej nastawiałam się na tłum taksówkowych naganiaczy których trzeba unikać. Tymczasem jedynymi naganiaczami tuż przy wyjściu z lotniska są oficjalni certyfikowani taksówkarze w eleganckich białych koszulach z napisem taxi aeropuerto. No to dałam się nagonić.
Doleciałam w nocy, więc pierwsze wizualizacje mogły być mylące.
Ale jak w czasie jazdy obwodnicą mijaliśmy najpierw prawie same SUVy, a potem Walmarta i Office Depot, wreszcie zajechaliśmy pod hotel w takim otoczeniu, to zaczęłam się zastanawiać czy to aby na pewno nie są Stany:

Ale nie są, jestem w tym właściwym San Jose.

Widok z okna mamy super- na potok i góry:

Jest ciepło! Ponad 27C ale tez mocno wieje, więc bardzo przyjemnie. San Jose leży na wysokości 1100m npm, wieczory są chłodniejsze (czyli jakieś 15C).

Cel pierwszy- odespanie podróży – zrealizowaliśmy. Chwilę po ósmej byliśmy już na nogach i planowaliśmy co by tu ciekawego zobaczyć.
Samo miasto jest dosyć rozległe i chaotyczne i jak podkreślają przewodniki- niespecjalnie zachwycające. Będziemy mieć więcej czasu żeby się o tym przekonać. Zanim zaczniemy wakacje będziemy tutaj przez cały tydzień pracować.
Do wyboru mieliśmy wycieczkę nad ocean (nad Pacyfik jest 110km) albo coś bardziej ‘lokalnego’. Postawiłam na zwiedzanie plantacji kawy, z której słynie Kostaryka i która jest głównym produktem eksportowym. A sama Meseta Centralna gdzie leży San Jose to obszar na którym znajdują się największe plantacje. 
Żeby nie iść na łatwiznę zrezygnowaliśmy z pomysłu dojechania na plantację taksówką i wybraliśmy się autobusem. Okazuje się ze autobusy nie odjeżdżają tutaj z jednego centralnego dworca, ale w zależności od celu maja przystanki rozmieszczone na skrzyżowaniach lub w specjalnych zaułkach w pobliżu głównej ulicy miasta. Znaleźliśmy ten nasz, który kursuje co 10 minut i ruszyliśmy. Wiatr we włosach, głośna muzyka, pasażerowie zrelaksowani a kierowca krzykliwy. Nie opuścił chyba żadnej możliwości porozmawiania z kierowcami innych autobusów które przystawały obok nas na światłach. Po półgodzinie jazdy przez przedmieścia San Jose (pomieszanie blachofalistych kolorowych domków jak z programów Cejrowskiego z salonami samochodowymi i centrami handlowymi o dokładnie amerykańskiej architekturze) zawołał nas i polecił wysiąść na jednym ze skrzyżowań  w miasteczku Heredia. Zaraz z sąsiedniej ulicy wyłonił się inny autobus jadący do Barvy, a to był nasz cel. Wskoczyliśmy.

Po kwadransie znaleźliśmy sie na placu w Barvie, skąd chcieliśmy podjechać na plantacje taksówką. A ze na placu był festyn a do wycieczki kawowej ponad godzina niespiesznie udaliśmy się kierunku stoisk z jedzeniem i napojami. Oczywiście grała orkiestra i ludzie tańczyli. 
Szybko złapaliśmy klimat luzowania się w cieniu i z lunczem którego nie umiem nazwać (ryż z fasolą, sałatka z nieznanych warzyw spokrewnionych z marchewką, puree z kukurydzy z ryżem i kurczakiem w liściu bananowca i ciasto marchewkowe) przysiedliśmy na murku. Wszyscy wokół wydawali sie bardzo pogodni i przyjaźnie usposobieni, nie zagadywali nas ale miło się do nas uśmiechali.

Wycieczka po plantacji okazała się strzałem w dziesiątkę. Przez dwie godziny przewodniczka z asystentem pokazali nam jak rośnie kawa i jak jest później palona. Uczestniczyliśmy w degustacji i dowiedzieliśmy się jak testerzy w lokalnej palarni sprawdzają jakość kawy. Spróbowaliśmy 6 rożnych typów kawy jaka jest przez nich sprzedawana i oczywiście kupiliśmy trochę dla siebie. No i muszę przyznać ze ta mielona którą czasem kupujemy daleko ma do smaku tej świeżo zmielonej i zaparzonej na naszą degustację w zwyczajnym czajniczku. Skutecznie opuściły mnie wszelkie objawy senności.

Oprócz tego zobaczyliśmy jak wygląda owoc kakaowca i niedojrzałe kakao w środku.

W drodze powrotnej musieliśmy się trochę nagimnastykować, bo w tej miejscowości przesiadkowej nie zapamiętaliśmy gdzie wysiedliśmy z autobusu z San Jose no i nie mogliśmy go znaleźć. Obeszliśmy cały centralny placyk przy którym parkowania kilkanaście autobusów, każdy odjeżdżający w innym kierunku. I tu tez, wszystkie ławki i murki pełne ludzi z napojami, rozmawiających lub zwyczajnie sobie przesiadujących w słońcu. Po chwili zauważyłam jadący autobus z tabliczką San Jose, który skręcił i zniknął za rogiem. A ze ruch był spory, świateł dużo i ogólny tłok, ruszyliśmy w pogoń za autobusem i po dłuższym żwawym marszu zaprowadził nas do przystanku z którego ruszały wszystkie nam potrzebne. Przypuszczam ze Ticos (mieszkańcy Kostaryki) po prostu wiedzą skąd który odjeżdża i nie potrzebują mapek ani rozkładów.

W San Jose przespacerowaliśmy się po centrum, zjedliśmy obiad i wróciliśmy do hotelu. Trzeba było jeszcze zrobić pranie (Piotrek jest już drugi tydzień w podróży) i nadrobić zaległości na blogu 🙂 
Jest tak wakacyjnie ze jakoś wizja pójścia  dzisiaj do pracy zupełnie mi tu nie pasuje do obrazka.


Powiązane posty