Singapur: Miasta w mieście

by Gosia
0 comment

Na liście obowiązkowych punktów zwiedzania w Singapurze obok ogrodów botanicznych, nocnego Safari, lwa – fontanny i oczywiście Gardens by the Bay znajdują się też mniejszościowe dzielnice – Arabska (okolice Arab street), Hinduska (Little India) i Chińska (Chinatown), chociaż przy tej ostatniej ciężko mówić o mniejszości.
Byłam bardzo ciekawa jak bardzo te ‘miasta w mieście’ będą różnić się od pokazowego, czystego, monumentalnego Singapuru ze szkła, stali i betonu. Wycieczki zaczęłam od Arab street, również dlatego, że miałam ochotę na hummus. A Piotrkowi zachciało się kebaba. No i cóż, próżno szukać prawdziwych ‘arabskich’ miejsc rodem z tureckiej dzielnicy w Batumi. Arab Street i sąsiadujące uliczki skupiają przede wszystkim sklepiki z dywanami i szalami. Spacerujący w pobliżu meczetu są w większości muzułmanami, ale już tuż za rogiem trafiłam na zatrzęsienie hipsterskich knajpek i barów serwujących meksykańskie tortille czy malezyjski ryż z kurczakiem. Udało mi się znaleźć jedną piekarnię wypiekającą pity gdzie przy okazji kupiłam hummus. Ale żeby porównać ten kwartał do pachnących kurkumą bazarów arabskich? Z drugiej strony, czy powinnam?

trochę arabsko, trochę nie

trochę arabsko, trochę nie

dywany i szale przy Arab Street

dywany i szale przy Arab Street

Następne w kolejce do odwiedzin czekały Małe Indie, wygodnie ulokowane przy stacji metra o tej samej nazwie. Szkielet dzielnicy przebiega ulicą Serangoon, nad którą na całej długości wiszą indyjskie barwne dekoracje. Wzdłuż ulicy ulokowały się dziesiątki sklepików z mydłem i powidłem, a figurkami z drewna i brązu, biżuterią, zabawkami, przyprawami, stragany z girlandami jaśminu i kwiatami lilii, kadzidełkami, ciuchami. A obok tych ostatnich, na chodniku można poprosić o poprawki krawieckie od ręki. Pachnie i wygląda tak, jak sobie wyobrażałam Indie.

_dsf0586

zieleniak w Little India

_dsf0587

girlandy na każdą okazję i dla każdego boga

_dsf0599

poprawki krawieckie od ręki!

_dsf0591

kichałam już robiąc zdjęcie

240

same hity

Oczywiście wyprawa do Indii nie byłaby kompletna bez degustacji hinduskiej kuchni. Oprócz odwiedzin bardziej turystycznej restauracji, bo chłopaki musieli zjeść mięso, sama zajrzałam do wegetariańskiej jadłodajni, pełnej Hindusów jedzących rękoma (a raczej prawą ręką). Zamówiłam zestaw obiadowy składający się z kilku wegetariańskich sosów, jeden ostrzejszy od drugiego, kilku dipów, dużej kupki ryżu i chrupiącego placka z ciecierzycy. Całość zaserwowano na liściu palmy, asekuracyjnie dla białej turystki – z łyżką. Było pyszne, i mimo ostrości każdy sos smakował zupełnie inaczej! Miałam za to trochę problemu z herbatą. Zamówiłam to co wszyscy – herbatę z mlekiem, cukrem i przyprawami. Dostałam ją w metalowym kubku, a kubek stał w misce i trochę herbaty było też wlane do miski. O ile z prawą ręką to rozumiem – lewa służy do innych rzeczy, to tutaj miałam zagwozdkę. Ale od czego jest google i koledzy z Indii 🙂
Okazało się, że herbata w kubku jest gorąca, i jeśli chce się ją schłodzić to należy ją przelewać między kubkiem a miską. Można pić z jednego lub drugiego.

_dsf0604

ostre, aromatyczne, pyszne

_dsf0590

centralna arteria Little India

świątynia indyjska

świątynia indyjska

Po tak satysfakcjonujących odwiedzinach w małych Indiach przyszedł czas na Chinatown. Tutaj mieliśmy w zasadzie jeden cel – zlokalizować stoisko z ulicznym jedzeniem, które dostało w tym roku gwiazdkę Michellin. I udało się! Na piętrze chińskiego centrum handlowego, po przedarciu się przez tarasujące przejście ciuchy i pokonaniu bardzo nieprzyjemnej zapachowo strefy rozpościerającej się między piętrami, trafiliśmy na poziom pełen stoisk z jedzeniem. Nie tylko chińskim – można się było tutaj uraczyć kuchnią malezyjską, tajwańską, tajską i wietnamską. Każdy stragan miał wywieszony numerek – 1 albo 2 – świadczący o ocenie czystości. Zresztą nawet nasza hotelowa restauracja taki posiada. Co sprawia, że skoro te budki miały w najgorszym wypadku ‘dwójkę’ nie świadczy o nich chyba tak źle? Michellinowy pan miał oczywiście jedyneczkę a w ofercie – noodle lub ryż z kurczakiem w sosie sojowym, S$5 za obiad. Już byliśmy naprawdę blisko a kolejka posuwała się sprawnie ku ekstazie smakowej, gdy pan nagle wyszedł ze swojego kiosku, zakrył garnek i ogłosił: koniec na dzisiaj, skończyło się jedzenie. I poszedł. A my idąc za głosem serca, powonieniem i wizualną oceną innych stoisk rozsmakowaliśmy się w pad-thaju, ryżu z kurczakiem, makaronie z kaczką czy wreszcie cieniutkich naleśnikach z farszem warzywnym w ostrym sosie. Na deser Bartek i ja skusiliśmy się na ciekawie wyglądające pasty – z orzeszków ziemnych i czarnego sezamu. Dostaliśmy zupę z podgrzanych rozwodnionych zmielonych orzechów i sezamu, lekko słodką. Miała w sobie to ‘coś’.

_dsf0568

warunki sanitarne: 1, czyli jak w naszym pięciogwiazdkowym hotelu

318

Pani robi popiaha, czyli naleśnik z warzywami i orzeszkami

319

Przekrój poprzeczny pysznego popiaha

_dsf0561

w kolejce po prestiżowe kluski

326

szyjka czy dzióbek?

325

miejsce konsumpcji

322

do picia sok z trzciny, na deser zupa z sezamu i fistaszków

_dsf0558

olej, piwo, espresso: z duchami trzeba się dzielić

Istotnym punktem odwiedzin w Chinatown było też stoisko z durianami ( o moich uniesieniach smakowo-zapachowych przeczytaliście już mam nadzieję tutaj). Oprócz tego pokręciliśmy się między ulicznymi straganami z chińskimi różnościami, z przewagą czerwonych kotów machających łapką. Fajnie, zdecydowanie polecamy jeśli chce się zobaczyć trochę inne oblicze Singapuru.

329

maść tygrysia na wszystko

328

może kota na szczęście?

 

Chinatown

Chinatown

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.