Słowenia – Depeche Mode u stóp Triglava

by Gosia
1 comment

Poziom skondensowania wrażeń zbliżył się do niebezpiecznej granicy. Niewiele brakuje, a nie będę w stanie w pełni przeżyć i zapamiętać tego co się wydarza. Trochę jak na rowerach w Niemczech, skąd, gdyby nie blog, zapamiętałabym pewnie tylko oponę Jacka. Dlatego dla wyrównania emocji za tydzień jadę do Genewy, która skutecznie chłodzi dowolny poziom ekscytacji.
A mieliśmy “tylko” lecieć na koncert Depeche Mode.
Tydzień po majówce, kiedy jeszcze nie zajrzałam na kartę pamięci aparatu, już przepakowywaliśmy plecaki, ściągaliśmy z suszarki spodnie trekingowe i dorzucaliśmy mapę Alp Julijskich. W ostatniej chwili przypomniałam sobie o brakującym noclegu ‘gdzieś w górach’ i na chybił trafił wybrałam pokój w domu otoczonym na google mapsach dużą zieloną płaszczyzną. I to był tylko jeden z wielu szczęśliwych przypadków, które zgrały się tak doskonale, że jak wielu piątkowych spontanicznych imprez i tego wyjazdu nie udałoby się zwyczajnie zaplanować w takiej postaci.
Zaczęło się od tego, że przecież skoro Depesze będą grać w Europie od maja, ja nie wytrzymam do lipcowego koncertu w Warszawie i muszę ich usłyszeć wcześniej. Potem – a było to w listopadzie, w Singapurze – nastąpiło żmudne poszukiwanie optymalnej kombinacji lotu + terminu koncertu (najlepiej w weekend) + odpowiedzi na pytanie ‘czy można tam lecieć za mile’. I tak wodząc palcem po mapie i kursorem po cenniku Miles&More wybór padł na Ljubljanę, a Piotrek milcząco zaakceptował. Fajnie, przecież w Słowenii jeszcze nas nie było. Co wiemy o Słowenii? Że można tam płacić w euro, że są góry – śledzimy przecież zmagania Stocha w Planicy, są bracia Prevc. I jeszcze że najwyższy szczyt to Triglav a stolica – Ljubljana. A już po chwili od podjęcia decyzji o wyjeździe na koncert dowiaduję się, że z z Lubljany pod Triglav jedzie się godzinę.
W sobotę po dwóch godzinach lotu malutkim samolotem, takim ze śmigłami – lądujemy na kompaktowym lotnisku w stolicy Słowenii. Od samolotu do terminalu dzieli nas może 100 metrów. Smętnie sterczą wszystkie cztery niewykorzystane rękawy. Lotnisko jest mniejsze niż Modlin. Do kontroli bezpieczeństwa ustawiają się pojedyncze osoby – przed nimi cztery krótkie taśmy. Do wypożyczalni samochodów przechodzimy przez mały placyk, przy którym stoją taksówki i autobusy. Pan osobiście prowadzi nas do auta i wszystko objaśnia. Ruszamy w kierunku widocznych na horyzoncie gór.
Niecałe cztery godziny od wyjścia z mieszkania na Kabatach parkujemy w Bledzie – najczęściej fotografowanym miasteczku Słowenii. Jezioro Bledzkie jest trzecim największym w tym niewielkim kraju, a kościół na wyspie  stał się najbardziej pożądanym miejscem ślubów. Zobaczycie go na każdej pocztówce.

Przeszliśmy kawałek deptakiem wzdłuż jeziora i skosztowaliśmy słoweńskich przysmaków – zupy grzybowej z krokietem z twarogiem i cevapcici (Piotrek potwierdza – smakują i powodują senność jak w Serbii).
Po jeziorze można się przepłynąć łódką prowadzoną przez tutejszego flisaka. Wyprawa wzdłuż brzegów zajmuje dwie godziny. My wybraliśmy się na deser- pokazowe bledzkie ciastko: kremówkę, po słoweńsku: kremsnita. Recepturę opracowano w jednym z hoteli w Bledzie. Smakuje jak nasza karpatka, z jedną warstwą kremu budyniowego, drugą – z bitej śmietany. Na granicy omdlenia doszłam do fiacika i popędziliśmy przepisowe 50km/h na północ.

Chciałabym teraz zwolnić tempo i opisać roadtrip fiatem panda przez bezkresne doliny Słowenii, ale niestety nic z tego, bo już po dwudziestu minutach byliśmy na miejscu, w wiosce Zgorna Radovna. Ręka mi drży podając nazwę, bo zaraz tysiące czytelników zarezerwują tam nocleg i nic  już nie będzie takie samo.
Nasz gościniec-gospodarstwo o nazwie Psnak stoi na skraju wsi. Za nim, po prawej stronie drogi rozciąga się jedna z odnóg wioski, licząca może 10 domów. Nie one przykuwają jednak naszą uwagę. Parkujemy, wychodzimy z samochodu i zostajemy tak na dłużej. Przed nami rozciąga się łąka zwężająca się ku dolinie. Tylko tyle i aż tyle. Chciałoby się zrzucić plecak i po prostu iść przed siebie, najlepiej boso. Nie idealizujmy za bardzo – łąka utrzymana jest w stylu gruzińskim i nawet pachnie znajomo. Krową.

Przy kolacji z mapy wyczytujemy, że za zakrętem po prawej wznosi się Triglav. Wejscie na niego w maju to przedsięwzięcie dla odważnych i pewnych siebie turystów (do żadnej z grup się nie zaliczam). Od czerwca do sierpnia, kiedy stopnieje śnieg i czynne są wszystkie schroniska, umożliwiające rozłożenie podejścia na 2 dni, tłumnie przyjeżdżają normalni, zwyczajni Słoweńcy. To sprawa honorowa – powinno się raz w życiu stanąć na wierzchołku (najwyższym z trzech) trój-głowej góry. Zygzak w jaki układa się grań Triglava na szczycie jest symbolem ruchu oporu i antykomunistycznej opozycji, a sama góra- dominującym elementem godła Słowenii.

Wieczorem zamiast przechadzki między półkami w spożywczaku w Mojstranie (zamknięte!) wjeżdżamy w dolinę Vrat i wąską drogą, porównywalną do naszej trasy do morskiego oka podjeżdżamy pod jedno z wejść na szlak na szczyt. Trasa stąd to ponad 2000m przewyższenia (Triglav na 2864), a północna ściana opada przed nami stromo, prawie 1000metrów w pionie. Stoimy i patrzymy.

Obiecujemy sobie, że kiedyś tam wejdziemy.

Triglav

Jest sobota, piękna pogoda, a w schronisku oprócz nas herbatę piją dwie osoby. Na parkingu jeden samochód. Dwójka turystów wędruje drogą. Pisałam już, że to mały kraj? Wyobrażacie sobie wjechać do Morskiego Oka samochodem w 20 minut?
Podekscytowani wracamy do Psnaka na kolację.  Siedzimy na zewnątrz, chłonąc niesamowity widok po drugiej stronie ulicy, a kiedy robi się chłodno przenosimy się dokończyć piwo w środku- do pomieszczenia, które kiedyś było sypialnią dziadków naszej kelnerki. Gościniec powstał po przebudowie, a raczej rozbudowie wiejskiego  domu. Prowadzi go cała rodzina – widzimy podobieństwo sióstr, rodziców, dzieci obu z nich. Wysoko na kaflowym piecu domownicy rozgrzewali się w przeszłości w czasie mroźnych zim.  Wszyscy, którzy nas obsługują podczas kolacji, zawierającej też powitalnego drinka – kieliszek miodowego bimbru – przedstawiają się i zagadują. W pomieszczeniu obok Bośniaczka i Irlandczyk odkrywają na nowo prawdę o wojnie w Jugosławii – każdy swoją. My idziemy spać, bo w niedzielę chcemy pospacerować po okolicy,  a wczesnym popołudniem czeka nas powrót do Ljubljany. Wieczorem koncert.
I chyba z tej ekscytacji nie mogę usnąć. Ekstremalnie – nie śpię tej nocy nawet przez chwilę. Po drugiej zrywa się burza. Grzmoty, potęgowane przez zwężającą się w naszą stronę dolinę budzą Piotrka. Światło błyskawic co chwilę wypełnia sypialnię. Po czwartej przestaje padać i budzą się ptaki. Przenoszę się z całą pościelą na ławkę na balkonie, patrzę w zieloną, rozmytą przez moje ujemne dioptrie plamę drzew na zboczach gór i słucham treli, poćwierkiwań, nawoływań, gwizdów i spadających kropli. Jak już cierpieć na bezsenność – to tylko w takim otoczeniu.  Mam za sobą dziesięć godzin samotnych przemyśleń. Na szczęście chwilę przed ósmą wstaje Piotrek i idziemy na śniadanie.
Rozsiadamy się przy stole na dworze i ciągle bezwiednie odwracamy głowy w lewo, ku górom. Pani Natalia przynosi kolejne półmiski – z jajecznicą, serami, wędlinami, miodem, twarogiem, dżemem, czajniczki z herbatą i kawą… jest nas dwoje a zastawa zajmuje większość pokaźnego stołu. Siedzimy. Jemy. Kontemplujemy. Przesuwamy się na ławeczce centymetr po centymetrze, razem ze słońcem.

leniwe śniadanie

Dookoła rozkręca się niedzielny poranek. Chłopiec, na oko ośmioletni pod okiem dziadka uczy się kosić kosą rów. Jego młodsza siostra dziecięcą taczką zawozi trawę na podwórko. Na mini parkingu zatrzymuje się węgierski busik z przyczepą, na której chałupniczo umocowanych jest kilkanaście rowerów. Leciwi Węgrzy wysypują się na łąkę, ubierają kaski, ustawiają siodełka, gwarzą i ślamazarnie zbierają się do wycieczki w stronę Bledu. Trwa to wszystko dobre pół godziny. W końcu ruszają. Po chwili od strony lasu przybiega dwóch mężczyzn. Mają skarpety kompresyjne, z biegowych plecaczków wyciągają żele, siadają przy stoliku obok i zamawiają kawę. Jeden z nich zaczyna palić. Sportowcy 🙂 Znad kolorowych żeli zazdrośnie spoglądają na nasze frykasy. To Słoweńcy, trenujący do biegów ultra – jeden na 100, drugi na 60 kilometrów. Za nimi dzisiaj już 20, kolejne 20 po kawie i papierosku. Robimy im zdjęcie i pytamy, czy weszli kiedyś na Triglav. Nie mogło być inaczej. Dowiadujemy się jeszcze który szlak jest najprzyjemniejszy i życzymy powodzenia na zawodach. Tempo wydarzeń tego poranka odpowiada mojemu stanowi ducha – wszystko dociera do mnie jak przez mgłę. W zasadzie moglibyśmy się stąd nie ruszać, ale dla przyzwoitości wychodzimy na krótki spacer w kierunku jednej z przełęczy. Zaczyna padać, naszym jedynym celem w tym dniu jest dotarcie na koncert więc powoli, tą samą widokową drogą wracamy do Ljubljany.

Gościniec Psnak


Kiedy parkujemy pod super-nowoczesnym gigantycznym apartamentowcem, gdzie wynajęłam dla nas małe mieszkanko, porządnie leje. Igor, właściciel, biegnie do nas w strugach deszczu. Wsiada do samochodu żeby poprowadzić nas na miejsce parkingowe (na poziome -4!) i nie przestaje mówić. Wyposaża nas w mapy, przewodniki, rekomendacje, dodaje do grupy na WhatsAppie (w razie jakichkolwiek pytań mamy pisać), daje nam nawet vouchery na taksówkę i pokazuje przygotowane na śniadanie przekąski. A my ciągle zerkamy w stronę przeszklonej ściany w salonie. Bo tam, pod naszym balkonem znajduje się… główny dworzec kolejowy w Ljubljanie! Trainspotting światowej klasy kontynuujemy również w sypialni, gdzie udaje mi się uciąć drugą drzemkę tego dnia.

z widookiem na stołeczny dworzec główny

Mały kraj – mała stolica. Mieszka tu 250 000 ludzi, to mniej niż, nie przymierzając, w Lublinie. Przez miasto płynie wąska rzeka Lublanica, wzdłuż brzegów której toczy się życie towarzyskie – restauracje przy nadbrzeżnych deptakach i sąsiednich uliczkach są pełne spacerowiczów, do lodziarni ustawiają się kolejki a tu i tam można dostrzec ciemniejsze skupiska – to fani Depeche Mode w obowiązkowych czarnych barwach ładują akumulatory przed szalonym wieczorem. Oglądamy potrójny most, katedrę św. Mikołaja, targ i most z posągami smoków, jemy burek, rosół z krokietami, pijemy Słoweńskie wino i ,przechodząc przez dworzec rozmiarami porównywalny do białostockiego, wracamy do mieszkania.

Mała stolica to i mały stadion. A w zasadzie nie stadion ale hala widowiskowa. Zupełnie niespodziewanie okazuje się, że nasze bilety w golden circle dają nam możliwość stania bardzo blisko sceny – tak blisko od Dave’a i spółki nie stałam na żadnym z 6 (a może 7?) koncertów które widziałam w ciągu ostatnich 11 lat. Jest fantastycznie! Więcej nie napiszę, bo  sami możecie się przekonać jak wygląda koncert Depeszów – 25 lipca w Warszawie. Podśpiewując wracamy prawie godzinę do mieszkania przez puste ulice. Jest ciepła, wiosenna noc, pachnie mokrym asfaltem i wilgotną zielenią. Tym razem śpię jak zabita i nie pamiętam czy przyśnił mi się Dave, czy Triglav…

Dave w formie (foto by Master Lacus)

Warto było przyjechać do Słowenii. Byliśmy tu niecałe 48h a wrażenia jak po tygodniu. Wracamy do domu nucąc sobie kolejne znane na pamięć kawałki i wizualizujemy wejście na Triglav. I właśnie kupiliśmy bilety na koniec lipca. A Natalia potwierdziła rezerwację pokoju w Psnaku 🙂

Logistyka (DrewnikTravel poleca):
– do Ljubljany 1 lub 2 (zależy od dnia) razy dziennie lata LOT. Podróż trwa niecałe dwie godziny. Na lotnisku można wypożyczyć samochód (ok 25EUR/doba). Dojazd pod Triglav zajmuje godzinę.
nocleg pod Mojstraną (klik)
nocleg w Ljubljanie (klik)
W restauracjach ceny warszawskie.

Powiązane posty

1 comment

Drewniki na Triglavie (2864m n.p.m.) – Gosia i Piotr 14/03/2018 - 16:56

[…] Europa […]

Reply

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.