Śnieżka stopniała!

by Gosia
0 comment
Te kamienie bolały
Finiszuję!
Ugotowani
w drodze na górę
Piotrek po biegu wsiadł na rower
taka szarfa miast medalu

Miesiąc po Rzeźniczku i intensywnym biegowo tygodniu w Bieszczadach, trzy tygodnie po życiówce na piątkę na Ursynowie, dwa tygodnie po najlepszej życiówce w półmaratonie we Wrocławiu miałam pobiec na Śnieżkę na dystansie mini (17km). Trochę przeczuwałam, że taka fala sukcesów i kondensacja startów i mocnych treningów kiedyś musi się skończyć. Po prostu – coś przeciążyłam. Tym razem padło na biodro i przyległości. Bez wchodzenia w szczegóły – od Wrocławia nie mogę biegać. Chodzę, jeżdżę rowerem, sztanguję bez problemu. 100 metrów biegu boli tak że łzy z oczu wyciska i noga z przylagłościami odzywa się w nocy. Ech 🙁 lekarstwem na to ma być rozciąganie i odpoczynek. Historia pokazuje że nie da się robić wszystkiego na maksa, i może w sumie dobrze że poodpoczywam od biegania, bo rower ostatnio trochę się zakurzył…

Toteż na Śnieżkę nie pojechałam z nastawieniem biegowym, postanowiłam ten dystans po prostu pokonać idąc.

Tym razem nie przedłużaliśmy weekendu, bo cennych dni urlopowych coraz mniej i wyruszyliśmy w piątek po pracy.
Drugi raz w ciągu dwóch tygodni nacieszyliśmy się S8-ką. Ostatnimi czasy wycieczki w tamtą stronę to czysta radość z jazdy. Do Karpacza dotarliśmy w bardzo przyzwoitym czasie i odebraliśmy od znajomych pakiety startowe dla całej naszej ekipy. Dzięki temu rano mogliśmy dłużej pospać by dotrzeć prosto na start chwilę przed 9-tą. Tłumów nie było, bo limit zawodników to tylko 600 osób; po 200 na każdy dystans (1x, 2x, 3x Śnieżka). Upał doskwierał już od rana, a organizatorzy przestrzegali że bez nakrycia głowy i przynajmniej litra płynu nie wpuszczają na trasę. Mój plecaczek mieści 1,5l więc nie było problemu jak tę wodę nieść na górę. Oprócz picia w ekwipunku znalazł się obowiązkowo batonik ChiaCharge i trochę orzechów. Nie miałam ochoty na powtórkę z Rzeźniczka.

Pierwsze kilometry to bieg przez Karpacz, po asfalcie. Starałam się biec jak mogłam, ale wypadło to bardzo wolno a i tak bolało. Ciekawe, jak bardzo kontuzja zmienia perspektywę: tempo 6:00/km wydawało mi się nieosiągalne. Z ulgą powitałam początek podbiegu – mogłam zacząć szybko iść. I szło mi się bardzo dobrze. Po raz nie wiem który doceniłam Bieszczadzkie treningi w maju i czerwcu. Wrzuciłam swoje tempo i spokojnie przemieszczałam się pod górę. Był też czas na podziwianie widoków. Zupełnie inne wrażenia niż Rzeźniczek i całkiem dobrze było się nie ścigać. A że przezornie stanęłam na końcu stawki nikt mnie nie wyprzedzał i nie musiałam przeżywać tego że nie biegnę. Po niecałych dwóch godzinach byłam na górze. I zaczął się bardzo nieprzyjemny zbieg – po kamieniach. Bolało. Starałam się zeskakiwać na jedną nogę, potem zsuwać na mocno ugiętych kolanach, ale niewiele to pomagało.  Za to doping turystów spotkanych po drodze i autentyczne uznanie w ich oczach były bardzo miłe! Po drodze przy Domu Śląskim można było się schłodzić naprawdę zimnymi napojami i arbuzem (świetny pomysł!). Im niżej, tym goręcej… w Karpaczu było tego dnia 35C. “Polać wodą?” – zapytał mijany strażak z najprawdziwszym wężem strażackim. Przytaknęłam. I po kilku sekundach byłam mokra na wylot a z butów zaczęła sikać woda! Kilometr dalej lodowatą wodą ze szlaucha polewał jeszcze chłopiec. Zaczęłam mijać biegaczy na dystans 2x i 3x, ugotowanych i bardzo zacięcie walczących z podbiegiem. Z smsa od Piotrka wiedziałam że kiedy ja jadłam arbuzy on już skończył i czeka na mecie. A ponieważ właściwie to nie byłam zmęczona, postanowiłam ostatnie 300 metrów pobiec ładnie i szybko. Finisz wyszedł pięknie, na mecie dostałam szarfę (zamiast medalu) i w cieniu krzaczka przy punkcie odżywczym zaczęliśmy wracać do normalnej temperatury.

Wieczór upłynął nam przemiło na kultywowaniu polskiej dyscypliny narodowej – grillowaniu! A widok był karkonoski – mogliśmy sobie popatrzeć gdzie byliśmy kilka godzin wcześniej. I tak to właśnie bieg który nie był w moim wykonaniu biegiem przechodzi do historii. A ja wzdycham do Bieszczadów, bo jednak Karkonosze fajne, ale gdzie im tam do Połonin…

PS. Ciekawostka – banan zostawiony częściowo na słońcu w samochodzie przez 4h się upiekł. Część czarna smakowała jak banan z grilla.

Powiązane posty

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.